14.03.2024, 21:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2024, 00:14 przez Millie Moody.)
Morpheus miał fantastyczną zdolność do tego, aby oczy Millie były jak dwa złote, toczące się po stole galeony.
– Kurwa naucz Ty się kłamać tak, żebym Ci chociaż raz uwierzyła co? Nie charłaków się boję, a tych jebanych snobów czyściuchów, którzy lubią tak jak jest, że brak magii w rodzinach jest zamiatany pod dywan. – sarknęła, wyraźnie zniesmaczona, zupełnie tak, jakby poczuła swój własny zapach leżącej kolejny dzień kaleki, którą nie ma się kto zająć, ani kto nade wszystko zagonić pod prysznic.
Kolejna wzmianka na temat trzeźwości nie polepszyła sytuacji. Dziewczyna najchętniej zachlałaby tak, żeby urwał jej się film do czasu zakończenia statusu małego kociaka Schroedingera. Teraz niby było wszystko ok, ale przecież wcale nie było. Tkwiła ubezwłasnowolniona w stazie, wkurwiając się na cały świat. Razem z nim spojrzała na zegarek na ścianie i przełknęła ślinę, dopuszczając poza wkurwem i strach. Gniew był prostszy, ale czas trzeba było pozwolić sobie na lodowaty, oślizgły dotyk przebiegajacy po kręgosłupie. Normalnie nie pozwalała sobie na to przy innych, tylko przy bracie, ale teraz brata nie było. Brat mógł oberwać.
W normalnych okolicznościach zapytałaby tasującego Morpheusa o sprawy sercowe i które z nich prędzej zarucha. Albo o to kiedy w końcu wyjdzie za mąż (banalnie proste pytanie, nie trzeba było być jasnowidzem, żeby znać na nie odpowiedź). Ale teraz... teraz jej myśli skupiły się na zegarze, a miodowe oczy nie mogły już przestać śledzić pojedynczej sekundowej wskazówki tnącej czas na plastry jak ostrze kostuchy.
– Co... co mogę zrobić... – podjęła nagle ochryple, zapominając o papierosie, zapominając o tym, że za moment się przypali. – Co mogę zrobić, żeby mu pomóc. Teraz, w takim stanie. – wypuściła resztkę powietrza i boleśnie zagryzła policzek, by przypadkiem się nie rozbeczeć przy Longbottomie jak mała dziewczynka. Beczenie jest dla słabych. Ona musiała być silna, przecież chciała nade wszystko, żeby brat był z niej dumny.
– Kurwa naucz Ty się kłamać tak, żebym Ci chociaż raz uwierzyła co? Nie charłaków się boję, a tych jebanych snobów czyściuchów, którzy lubią tak jak jest, że brak magii w rodzinach jest zamiatany pod dywan. – sarknęła, wyraźnie zniesmaczona, zupełnie tak, jakby poczuła swój własny zapach leżącej kolejny dzień kaleki, którą nie ma się kto zająć, ani kto nade wszystko zagonić pod prysznic.
Kolejna wzmianka na temat trzeźwości nie polepszyła sytuacji. Dziewczyna najchętniej zachlałaby tak, żeby urwał jej się film do czasu zakończenia statusu małego kociaka Schroedingera. Teraz niby było wszystko ok, ale przecież wcale nie było. Tkwiła ubezwłasnowolniona w stazie, wkurwiając się na cały świat. Razem z nim spojrzała na zegarek na ścianie i przełknęła ślinę, dopuszczając poza wkurwem i strach. Gniew był prostszy, ale czas trzeba było pozwolić sobie na lodowaty, oślizgły dotyk przebiegajacy po kręgosłupie. Normalnie nie pozwalała sobie na to przy innych, tylko przy bracie, ale teraz brata nie było. Brat mógł oberwać.
W normalnych okolicznościach zapytałaby tasującego Morpheusa o sprawy sercowe i które z nich prędzej zarucha. Albo o to kiedy w końcu wyjdzie za mąż (banalnie proste pytanie, nie trzeba było być jasnowidzem, żeby znać na nie odpowiedź). Ale teraz... teraz jej myśli skupiły się na zegarze, a miodowe oczy nie mogły już przestać śledzić pojedynczej sekundowej wskazówki tnącej czas na plastry jak ostrze kostuchy.
– Co... co mogę zrobić... – podjęła nagle ochryple, zapominając o papierosie, zapominając o tym, że za moment się przypali. – Co mogę zrobić, żeby mu pomóc. Teraz, w takim stanie. – wypuściła resztkę powietrza i boleśnie zagryzła policzek, by przypadkiem się nie rozbeczeć przy Longbottomie jak mała dziewczynka. Beczenie jest dla słabych. Ona musiała być silna, przecież chciała nade wszystko, żeby brat był z niej dumny.