12.12.2022, 22:07 ✶
Tylko parę kroków.
Tak proste, a jednocześnie były to chyba najtrudniejsze kroki, jakie musiała postawić w tym nowym życiu. Wyminąć, jak gdyby nigdy nic, potraktować jak obcego człowieka. Odejść, stać się jedynie cieniem, mglistym wspomnieniem, że w ogóle ktokolwiek, poza nim samym, przebywał na cmentarzu w ten dzień.
Dzień Ostary.
Bład, błąd, błąd, ganiła się ciągle w myślach, zdając sobie przecież sprawę z tego, że położona niemalże dopiero co lilia jest zbyt świeża, żeby posądzić kogokolwiek o wizytę dzień czy dwa wcześniej. Kwiat można było w pewnym sensie „naprawić”, znikając stąd dzięki teleportacji, ale nie, oczywiście musiała głupio ryzykować, przeciągać strunę.
Jak długo wytrzyma, zanim pęknie?
Minęli się, pochyliła nawet mocniej głowę. W gardle mocniej ścisnęło; tak blisko, tak daleko. Ledwo się powstrzymała od wyciągnięcia ręki, złapania za ramię, wyznania wszystkiego tu i teraz, łamiącym się zapewne głosem, ale jednak. Nie odważyła się na żadną z tych rzeczy, obiecując sobie po raz kolejny, że gdy tylko wygrzebie się z bagna, w którym jest, że gdy tylko poczuje pewny grunt pod nogami, gdy będzie miała pewność, iż mu w ten sposób nie zagrozi…
… jednocześnie poczuła swego rodzaju ulgę, gdy nie stało się nic. Nie trwała długo – ledwie parę kolejnych kroków, już łatwiejszych; teraz miało być prosto, teraz miała bez problemu dotrzeć do skrzypiącej furtki, rozpłynąć się.
Nie trwało to długo.
Dopisała kolejny błąd do coraz dłuższej listy; początkowo, rzecz jasna, korzystała z tych perfum, które miała Alanna. Zapasy jednak nie były niewyczerpane, i gdy przyszło do nabycia kolejnego flakonu…? Och, dlaczego uznała, że sięgnięcie po ten, który osobiście bardzo lubiła, będzie czymś absolutnie nieistotnym? Czymś, co da się wytłumaczyć jako „uznałam że czas na zmiany, a to mi się spodobało” – i właściwie brzmiało dość niewinnie?
Teraz mogło okazać się zgubą.
Kłamstwo, tak dużo kłamstw, to tylko kolejne kłamstwo, dasz radę, tyle ich już przez ostatni rok splotłaś. Alanna, nie Clare, Clare nie ma. Uczepiła się tej myśli, zatrzymując się niemalże w połowie kroku.
Odwróciła się powoli w stronę Patricka, zmuszając się do utrzymania obojętnego wyrazu twarzy. Nie była Clare. Nie była podobna do niej ani trochę. Rudość włosów, mnogość piegów rozsianych na nosie i policzkach. Trochę niższa, prawdopodobnie mniej smukła – co trudno było ocenić ze względu na płaszcz - pozbawiona krwi wili.
I jedyne, co miały ze sobą wspólnego, to ten cholerny zapach, lekki, wodny wręcz. Oraz brak aury.
- Dziękuję – zmusiła się do wypowiedzenia tego słowa, łącząc to z wymownym uniesieniem brwi. W istocie, jak sam zauważył, nie powinien był. Cmentarz to nie miejsce na komplementy, nie miejsce na zaczepianie innych. Jedyne towarzystwo, jakiego się szukało, to tych, którzy odeszli.
- W istocie – rzuciła siląc się na nieszczególnie przyjazny ton, ale wrogich nut już z siebie nie zdołała wykrzesać. Jak zareagowałaby Alanna? – pytanie to towarzyszyło jej w niemalże każdej sekundzie. Po nieomal roku tkwienia w jej ciele, zapoznawania się z wszelkimi pozostawionymi w mieszkaniu notatkami, siania uroków na prawo i lewo, żeby tylko wyłuskać choć strzęp informacji, zyskała już jako taki obraz Carrow.
Nie należał on do szczególnie przyjemnych, tak jak świadomość – przybierająca na sile, gdy spoglądała teraz na Patricka, na tę twarz, której rysy praktycznie wyryła w swojej pamięci. Świadomość, iż najprawdopodobniej rzuciła właśnie na niego cień samej siebie. Że być może przywołała wspomnienia, zamieszała w kotle zwanym jego obecnym życiem. Może jednak nie należało wracać – dla jego dobra.
- Ale dobry komplement zawsze w cenie – rzuciła wręcz od niechcenia, nienawidząc każdej sekundy tej chwili. Każdej cząstki siebie, wypowiadającej te słowa. A w końcu – i samej Alanny – Zainteresowany? Mogę podać namiary.
Najlepsze kłamstwa mieszały się z prawdą, co nie sprawiało, że łatwiejszym było tkanie ich sieci. Idiotka, po co to ciągnęła, zamiast po prostu ofuczeć i pójść dalej, w swoją stronę?
No tak – mimo wszystko tęskniła. I okazywała się słaba w swojej sile, dzięki której jeszcze przed nim nie klęczała, zalewając się łzami.
Tak proste, a jednocześnie były to chyba najtrudniejsze kroki, jakie musiała postawić w tym nowym życiu. Wyminąć, jak gdyby nigdy nic, potraktować jak obcego człowieka. Odejść, stać się jedynie cieniem, mglistym wspomnieniem, że w ogóle ktokolwiek, poza nim samym, przebywał na cmentarzu w ten dzień.
Dzień Ostary.
Bład, błąd, błąd, ganiła się ciągle w myślach, zdając sobie przecież sprawę z tego, że położona niemalże dopiero co lilia jest zbyt świeża, żeby posądzić kogokolwiek o wizytę dzień czy dwa wcześniej. Kwiat można było w pewnym sensie „naprawić”, znikając stąd dzięki teleportacji, ale nie, oczywiście musiała głupio ryzykować, przeciągać strunę.
Jak długo wytrzyma, zanim pęknie?
Minęli się, pochyliła nawet mocniej głowę. W gardle mocniej ścisnęło; tak blisko, tak daleko. Ledwo się powstrzymała od wyciągnięcia ręki, złapania za ramię, wyznania wszystkiego tu i teraz, łamiącym się zapewne głosem, ale jednak. Nie odważyła się na żadną z tych rzeczy, obiecując sobie po raz kolejny, że gdy tylko wygrzebie się z bagna, w którym jest, że gdy tylko poczuje pewny grunt pod nogami, gdy będzie miała pewność, iż mu w ten sposób nie zagrozi…
… jednocześnie poczuła swego rodzaju ulgę, gdy nie stało się nic. Nie trwała długo – ledwie parę kolejnych kroków, już łatwiejszych; teraz miało być prosto, teraz miała bez problemu dotrzeć do skrzypiącej furtki, rozpłynąć się.
Nie trwało to długo.
Dopisała kolejny błąd do coraz dłuższej listy; początkowo, rzecz jasna, korzystała z tych perfum, które miała Alanna. Zapasy jednak nie były niewyczerpane, i gdy przyszło do nabycia kolejnego flakonu…? Och, dlaczego uznała, że sięgnięcie po ten, który osobiście bardzo lubiła, będzie czymś absolutnie nieistotnym? Czymś, co da się wytłumaczyć jako „uznałam że czas na zmiany, a to mi się spodobało” – i właściwie brzmiało dość niewinnie?
Teraz mogło okazać się zgubą.
Kłamstwo, tak dużo kłamstw, to tylko kolejne kłamstwo, dasz radę, tyle ich już przez ostatni rok splotłaś. Alanna, nie Clare, Clare nie ma. Uczepiła się tej myśli, zatrzymując się niemalże w połowie kroku.
Odwróciła się powoli w stronę Patricka, zmuszając się do utrzymania obojętnego wyrazu twarzy. Nie była Clare. Nie była podobna do niej ani trochę. Rudość włosów, mnogość piegów rozsianych na nosie i policzkach. Trochę niższa, prawdopodobnie mniej smukła – co trudno było ocenić ze względu na płaszcz - pozbawiona krwi wili.
I jedyne, co miały ze sobą wspólnego, to ten cholerny zapach, lekki, wodny wręcz. Oraz brak aury.
- Dziękuję – zmusiła się do wypowiedzenia tego słowa, łącząc to z wymownym uniesieniem brwi. W istocie, jak sam zauważył, nie powinien był. Cmentarz to nie miejsce na komplementy, nie miejsce na zaczepianie innych. Jedyne towarzystwo, jakiego się szukało, to tych, którzy odeszli.
- W istocie – rzuciła siląc się na nieszczególnie przyjazny ton, ale wrogich nut już z siebie nie zdołała wykrzesać. Jak zareagowałaby Alanna? – pytanie to towarzyszyło jej w niemalże każdej sekundzie. Po nieomal roku tkwienia w jej ciele, zapoznawania się z wszelkimi pozostawionymi w mieszkaniu notatkami, siania uroków na prawo i lewo, żeby tylko wyłuskać choć strzęp informacji, zyskała już jako taki obraz Carrow.
Nie należał on do szczególnie przyjemnych, tak jak świadomość – przybierająca na sile, gdy spoglądała teraz na Patricka, na tę twarz, której rysy praktycznie wyryła w swojej pamięci. Świadomość, iż najprawdopodobniej rzuciła właśnie na niego cień samej siebie. Że być może przywołała wspomnienia, zamieszała w kotle zwanym jego obecnym życiem. Może jednak nie należało wracać – dla jego dobra.
- Ale dobry komplement zawsze w cenie – rzuciła wręcz od niechcenia, nienawidząc każdej sekundy tej chwili. Każdej cząstki siebie, wypowiadającej te słowa. A w końcu – i samej Alanny – Zainteresowany? Mogę podać namiary.
Najlepsze kłamstwa mieszały się z prawdą, co nie sprawiało, że łatwiejszym było tkanie ich sieci. Idiotka, po co to ciągnęła, zamiast po prostu ofuczeć i pójść dalej, w swoją stronę?
No tak – mimo wszystko tęskniła. I okazywała się słaba w swojej sile, dzięki której jeszcze przed nim nie klęczała, zalewając się łzami.
635/1195