12.12.2022, 22:08 ✶
Jak coś psuć, to coś, co musi być oczywiście bardzo ładne, przyjemne i sprawiające, że generalnie dobrze się z tym czuło. Ten wieczór zresztą taki był – więc… no cóż, wyglądało na to, że ci durnie w maskach musieli, po prostu musieli wtrącić swoje trzy knuty i dosłownie wszystko popsuć.
Zamiast relaksu z fantastyką w ręku – bieg ulicami Londynu. Zamiast popijania dobrej kawy, wzbogaconej piankami – usiłowania zablokowania niszczycielskich i czarnomagicznych zaklęć. Wychodziło, niestety, różnie – walka w niczym nie przypominała tańca pełnego gracji, na wypolerowanej posadzce do tego stopnia, że dało się w niej przejrzeć. Ba, nawet wolałaby teraz wlepiać mandaty za zaparkowaną nieprawidłowo miotłę niż znajdować się w tym chaosie.
Pełnym krzyków, przesyconym zapachem paniki. Śmierci.
Czasem czuły węch był przeszkodą; wolałaby nie czuć nic, nie wyczuwać krwi.
Ale były rzeczy, które trzeba było zrobić. Należało. Ktoś musiał trwać na straży, działać, chronić, żeby kto inny mógł spać spokojnie. Lub najzwyczajniej w świecie – przeżyć. A że była tym kimś? Sama taki los wybrała, więc nawet się nie skarżyła
Cholera. Cholera. CHOLERA. Ktoś się potknął, zarył nosem w londyński bruk; nie myślała, nie zastanawiała się, po prostu działała instynktownie. Poderwać, popchnąć w kierunku, z którego przyszła – tam powinno być bezpiecznie. Bezpieczniej niż w centrum piekła, w którym wciąż przecież byli ludzie, tam zmierzała. LEĆ W PRAWO, MOŻE UDA SIĘ ICH ZAJŚĆ OD TYŁU – szybka myśl posłana do Carla; pozostawał trochę z tyłu, ale jeszcze nie straciła go z oczu.
Jeszcze.
I zaraz zgubiła.
Dalej, musiała iść dalej. Więcej strachu, więcej krwi, więcej śmierci. Więcej pyłu unoszącego się wokół, pochodzącego z zawalonego budynku. I w cały ten pęd, chaos, wkradł się dysonans. Sylwetka mężczyzny, który nie uciekał, choć w zasadzie powinien brać przykład z innych. Albo… och. Alastor.
Nad tym też nie myślała. Nie mogła go tak zostawić; nawet nie wiedziała, kiedy jej własna dłoń zacisnęła się na nadgarstku mężczyzny.
- Chodź, nie możesz tu zostać – odparła tylko, dość naglącym tonem. Pociągnęła, mało subtelnie, chcąc zmusić go do wykonania kroku. I jeszcze następnego. I jeszcze. Auror czy nie, rozpostarła nad nim skrzydła jak nad każdym, kogo starała się tu ochronić.
Kolejny wybuch, nie tak głośny, jak wcześniej. Może na mniejszą skalę, a może gdzieś dalej. Pociągnęła mocniej. Naprawdę nie mógł tu zostać, nie w tym stanie – a ona nie mogła się zatrzymać, przytulić, ukoić.
Za mało czasu.
Zamiast relaksu z fantastyką w ręku – bieg ulicami Londynu. Zamiast popijania dobrej kawy, wzbogaconej piankami – usiłowania zablokowania niszczycielskich i czarnomagicznych zaklęć. Wychodziło, niestety, różnie – walka w niczym nie przypominała tańca pełnego gracji, na wypolerowanej posadzce do tego stopnia, że dało się w niej przejrzeć. Ba, nawet wolałaby teraz wlepiać mandaty za zaparkowaną nieprawidłowo miotłę niż znajdować się w tym chaosie.
Pełnym krzyków, przesyconym zapachem paniki. Śmierci.
Czasem czuły węch był przeszkodą; wolałaby nie czuć nic, nie wyczuwać krwi.
Ale były rzeczy, które trzeba było zrobić. Należało. Ktoś musiał trwać na straży, działać, chronić, żeby kto inny mógł spać spokojnie. Lub najzwyczajniej w świecie – przeżyć. A że była tym kimś? Sama taki los wybrała, więc nawet się nie skarżyła
Cholera. Cholera. CHOLERA. Ktoś się potknął, zarył nosem w londyński bruk; nie myślała, nie zastanawiała się, po prostu działała instynktownie. Poderwać, popchnąć w kierunku, z którego przyszła – tam powinno być bezpiecznie. Bezpieczniej niż w centrum piekła, w którym wciąż przecież byli ludzie, tam zmierzała. LEĆ W PRAWO, MOŻE UDA SIĘ ICH ZAJŚĆ OD TYŁU – szybka myśl posłana do Carla; pozostawał trochę z tyłu, ale jeszcze nie straciła go z oczu.
Jeszcze.
I zaraz zgubiła.
Dalej, musiała iść dalej. Więcej strachu, więcej krwi, więcej śmierci. Więcej pyłu unoszącego się wokół, pochodzącego z zawalonego budynku. I w cały ten pęd, chaos, wkradł się dysonans. Sylwetka mężczyzny, który nie uciekał, choć w zasadzie powinien brać przykład z innych. Albo… och. Alastor.
Nad tym też nie myślała. Nie mogła go tak zostawić; nawet nie wiedziała, kiedy jej własna dłoń zacisnęła się na nadgarstku mężczyzny.
- Chodź, nie możesz tu zostać – odparła tylko, dość naglącym tonem. Pociągnęła, mało subtelnie, chcąc zmusić go do wykonania kroku. I jeszcze następnego. I jeszcze. Auror czy nie, rozpostarła nad nim skrzydła jak nad każdym, kogo starała się tu ochronić.
Kolejny wybuch, nie tak głośny, jak wcześniej. Może na mniejszą skalę, a może gdzieś dalej. Pociągnęła mocniej. Naprawdę nie mógł tu zostać, nie w tym stanie – a ona nie mogła się zatrzymać, przytulić, ukoić.
Za mało czasu.
384