15.03.2024, 02:20 ✶
Ulysses zmarszczył brwi. Naprawdę nie potrafił dostrzec powiązania między pojedynczym, wyjętym z szerszego kontekstu listem a wypowiedzianymi między słowami oskarżeniami Roberta Mulcibera. Gdyby jeszcze jego żona odkryła list później, gdyby sprawa ulotek wyszła na jaw, gdyby kilka różnych departamentów prowadziło odrębne śledztwa, może i byłaby w stanie powiązać świstek papieru z działaniami własnego męża, ale tak? Tak ta historia nie miała żadnego sensu. I młody Rookwood nie widział powodu, dla którego miałby przepraszać za to, że właściwie wykonał powierzone mu zadanie. Bo wykonał je właściwie, nawet jeśli nie dostrzegał w nim sensu.
Stał w milczeniu, zastanawiając się, dlaczego Mulciber chciał zniszczyć jego ojca. Chciał zająć jego miejsce? Próbował zrzucić na kogoś odpowiedzialność za ucieczkę żony? Stało się coś jeszcze, o czym albo Chester Rookwood nie wiedział, albo o czym nie chciał powiedzieć?
Ulysses podniósł rękę. Dotknął palcami nasady nosa. Szukał w myślach odpowiedzi na te pytania i nie potrafił ich odnaleźć. Jedyne, co przychodziło mu do głowy, to że Robert Mulciber sam chciał uciec a ucieczka jego żony tylko przyjemnie nałożyła się na jego własne plany. Albo razem uciekli i nie było żadnego pościgu. A potem, z jakiegoś powodu, musiał jednak wrócić i teraz gorączkowo szukał usprawiedliwienia dla własnych działań. Ale syn Chestera Rookwooda nie znał dobrze Roberta Mulcibera. Nigdy nie był z nim blisko. Nigdy również nie był na tyle blisko najważniejszych śmierciożerców i Lorda Voldemorta, by znać ich plany i mając na nie ogląd, teraz chłodno ocenić całą sytuację. To były tylko dywagacje. Nie musiały być prawdziwe.
- Dobrze ojcze – odpowiedział wreszcie. Ulysses nie zastanawiał się głębiej nad tym, jacy byli śmierciożercy, ale patrząc po swoim ojcu, z góry założył, że większość z nich musiała być lojalna wobec Czarnego Pana a ta pozostała garstka to były takie osoby jak on, jak Augustus i jak Vespera, ślepo posłuszne rodzicom dzieci, które nie miały własnego zdania. A teraz zrozumiał, że było jednak trochę inaczej. Najwyraźniej w szeregach byli i tacy, którym zależało jedynie na własnej korzyści, którzy chcieli zniszczyć stary ład, by wybić się na nowym. – Będę nakładał na listy zaklęcia samospalające po przeczytaniu ich przez adresata.
Odsunął rękę od twarzy. Zastanawiał się usilnie nad tym, skąd właściwie mógłby zdobyć więcej informacji. Pytanie o różdżkę i rękę zadał tylko dlatego, żeby jeszcze bardziej podkreślić absurd całej sytuacji. W tej przenośni to Ulysses był ślepym narzędziem.
- A Augustus? Nie brał udziału w zebraniu? – zapytał powoli, rzucając z głowy imieniem pierwszego śmierciożercy, który w ogóle przyszedł mu do głowy. Odwrotnie od ojca, Ulysses nie czuł się pominięty brakiem wezwania na spotkanie. Zdawał sobie sprawę, że jego choroba nieco upośledzała jego przydatność. – Albo Vespera?
Stał w milczeniu, zastanawiając się, dlaczego Mulciber chciał zniszczyć jego ojca. Chciał zająć jego miejsce? Próbował zrzucić na kogoś odpowiedzialność za ucieczkę żony? Stało się coś jeszcze, o czym albo Chester Rookwood nie wiedział, albo o czym nie chciał powiedzieć?
Ulysses podniósł rękę. Dotknął palcami nasady nosa. Szukał w myślach odpowiedzi na te pytania i nie potrafił ich odnaleźć. Jedyne, co przychodziło mu do głowy, to że Robert Mulciber sam chciał uciec a ucieczka jego żony tylko przyjemnie nałożyła się na jego własne plany. Albo razem uciekli i nie było żadnego pościgu. A potem, z jakiegoś powodu, musiał jednak wrócić i teraz gorączkowo szukał usprawiedliwienia dla własnych działań. Ale syn Chestera Rookwooda nie znał dobrze Roberta Mulcibera. Nigdy nie był z nim blisko. Nigdy również nie był na tyle blisko najważniejszych śmierciożerców i Lorda Voldemorta, by znać ich plany i mając na nie ogląd, teraz chłodno ocenić całą sytuację. To były tylko dywagacje. Nie musiały być prawdziwe.
- Dobrze ojcze – odpowiedział wreszcie. Ulysses nie zastanawiał się głębiej nad tym, jacy byli śmierciożercy, ale patrząc po swoim ojcu, z góry założył, że większość z nich musiała być lojalna wobec Czarnego Pana a ta pozostała garstka to były takie osoby jak on, jak Augustus i jak Vespera, ślepo posłuszne rodzicom dzieci, które nie miały własnego zdania. A teraz zrozumiał, że było jednak trochę inaczej. Najwyraźniej w szeregach byli i tacy, którym zależało jedynie na własnej korzyści, którzy chcieli zniszczyć stary ład, by wybić się na nowym. – Będę nakładał na listy zaklęcia samospalające po przeczytaniu ich przez adresata.
Odsunął rękę od twarzy. Zastanawiał się usilnie nad tym, skąd właściwie mógłby zdobyć więcej informacji. Pytanie o różdżkę i rękę zadał tylko dlatego, żeby jeszcze bardziej podkreślić absurd całej sytuacji. W tej przenośni to Ulysses był ślepym narzędziem.
- A Augustus? Nie brał udziału w zebraniu? – zapytał powoli, rzucając z głowy imieniem pierwszego śmierciożercy, który w ogóle przyszedł mu do głowy. Odwrotnie od ojca, Ulysses nie czuł się pominięty brakiem wezwania na spotkanie. Zdawał sobie sprawę, że jego choroba nieco upośledzała jego przydatność. – Albo Vespera?