15.03.2024, 13:54 ✶
Skinął głową i to było wszystko, co był w stanie ofiarować Erikowi jako odpowiedź. Nie rozumiał, czemu zareagował tak silnie, ai czemu takie, a nie inne myśli przepływały przez jego ciało. musiał koniecznie to rozchodzić, rozruszać, jeśli nie chciał obudzić zieleni w swojej krwi. Plywanie nie było jego domyślnym sposobem radzenia sobie z problemami, nawet jeśli potrafił to robić całkiem sprawnie w obu swoich formach. Kluczem było jednak dopaść do trzeciej, wzbić się w niebo i po prostu zapomnieć, w zachłyśnięciu się przestworzem.
Z perspektywy czasu, Sam mógł dojść do wniosku, że ścieżka, którą obrał w radzeniu sobie z klątwą żywiołów nie była najlepsza. Oczywiście, optymalna z perspektywy jego umiejętności oraz stanu wiedzy, ale nie prawdziwie skuteczna. Rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki, moc trzeba było tylko przekierować, odpowiednio ukształtować we florę, która nie czyniła krzywdy, wyobrażać sobie rozrost bujny, ale łagodny... Już raz to zrobił, zupełnie nieświadomie, ale nie miał kto, nie miał jak zrozumieć tych powiązań. Więc pozostały mu skrzydła i wolność nieba.
Odsunął się od Erika w głąb wody, w ubraniu, nie pamiętając o płóciennej torbie. Myśli kotłowały się, ale z każdym przepłyniętym łokciem było trochę lepiej. Więc płynął dalej, płynął w głąb wody i szybko po skosie za wylom szuwarów, tylko po to, aby dotrzećdo mielizny i wydrążyć swoje kości, zmniejszyć się i ubrać w krogulczy płaszcz.
Poczucie wolności wypełniło mu pierś z każdym zamachnięciem się ku górze, ku słońcu. Nigdy nie poddawał w wątpliwość tego co zdarzyło się z jego matką, to że wybrała ptasią formę nad ciężar opłakiwania zmarłego męża. Wszystko zdawało się odległe, każdy problem, każde zmartwienie, wszystkie niezrozumiałe ssacze emocje ulatywały wobec otwartej przestrzeni, szybowania tuż nad wodną taflą, kołowania między dumnymi zielonymi koronami otaczających wodny zbiornik drzew.
w końcu przypomniał sobie o Eriku. Zatoczył kilka kółek, obserwując z wysokości jego działania, rozglądając się za optymalnym miejscem do wylądowania, tak aby mógł do niego dopłynąć. Czas... był względny. Czas, który nie jest liczony godzinami a zmierzchem i świtem pozwalał na to, by nie czuć presji.
Zgodnie z przewidywaniem, gdy tylko z pluskiem uderzył w wodę i moment później wychylił się z niej jako człowiek, stres rozszedł się "po kościach", oddany niebu przepadł, pozostawiając towarzysza łowów, który mogł dotrzymać słowa i spróbować jeszcze raz, być i cieszyć się z ludzkiego towarzystwa.
– Wiesz ten znak zapytania obok "czy ktoś jest w stanie wytrzymać ze mną cały dzień" jest trochę bez sensu. – zaczał jak gdyby nigdy nic umieszczając jedną i potem drugą dłoń na burcie, gdy próbował się wspiąć do góry. – Skoro ja nie jestem pewien czy jestem w stanie wytrzymać z kimkolwiek cały dzień... To... to będzie chyba mój pierwszy raz, jeśli chodzi o kogoś spoza rodziny. Nawet z Bee nigdy nie było okazji spędzić całego popołudnia. Jestem kiepskim testerem. – umilkł, by się dźwignąć.
Z perspektywy czasu, Sam mógł dojść do wniosku, że ścieżka, którą obrał w radzeniu sobie z klątwą żywiołów nie była najlepsza. Oczywiście, optymalna z perspektywy jego umiejętności oraz stanu wiedzy, ale nie prawdziwie skuteczna. Rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki, moc trzeba było tylko przekierować, odpowiednio ukształtować we florę, która nie czyniła krzywdy, wyobrażać sobie rozrost bujny, ale łagodny... Już raz to zrobił, zupełnie nieświadomie, ale nie miał kto, nie miał jak zrozumieć tych powiązań. Więc pozostały mu skrzydła i wolność nieba.
Odsunął się od Erika w głąb wody, w ubraniu, nie pamiętając o płóciennej torbie. Myśli kotłowały się, ale z każdym przepłyniętym łokciem było trochę lepiej. Więc płynął dalej, płynął w głąb wody i szybko po skosie za wylom szuwarów, tylko po to, aby dotrzećdo mielizny i wydrążyć swoje kości, zmniejszyć się i ubrać w krogulczy płaszcz.
Poczucie wolności wypełniło mu pierś z każdym zamachnięciem się ku górze, ku słońcu. Nigdy nie poddawał w wątpliwość tego co zdarzyło się z jego matką, to że wybrała ptasią formę nad ciężar opłakiwania zmarłego męża. Wszystko zdawało się odległe, każdy problem, każde zmartwienie, wszystkie niezrozumiałe ssacze emocje ulatywały wobec otwartej przestrzeni, szybowania tuż nad wodną taflą, kołowania między dumnymi zielonymi koronami otaczających wodny zbiornik drzew.
w końcu przypomniał sobie o Eriku. Zatoczył kilka kółek, obserwując z wysokości jego działania, rozglądając się za optymalnym miejscem do wylądowania, tak aby mógł do niego dopłynąć. Czas... był względny. Czas, który nie jest liczony godzinami a zmierzchem i świtem pozwalał na to, by nie czuć presji.
Zgodnie z przewidywaniem, gdy tylko z pluskiem uderzył w wodę i moment później wychylił się z niej jako człowiek, stres rozszedł się "po kościach", oddany niebu przepadł, pozostawiając towarzysza łowów, który mogł dotrzymać słowa i spróbować jeszcze raz, być i cieszyć się z ludzkiego towarzystwa.
– Wiesz ten znak zapytania obok "czy ktoś jest w stanie wytrzymać ze mną cały dzień" jest trochę bez sensu. – zaczał jak gdyby nigdy nic umieszczając jedną i potem drugą dłoń na burcie, gdy próbował się wspiąć do góry. – Skoro ja nie jestem pewien czy jestem w stanie wytrzymać z kimkolwiek cały dzień... To... to będzie chyba mój pierwszy raz, jeśli chodzi o kogoś spoza rodziny. Nawet z Bee nigdy nie było okazji spędzić całego popołudnia. Jestem kiepskim testerem. – umilkł, by się dźwignąć.
Rzut Z 1d100 - 91
Sukces!
Sukces!