15.03.2024, 16:54 ✶
– To byłoby intrygujące, gdyby Peverell okazał się Bardem Beedlem – przyznała Brenna, której do tej pory nie przyszło coś takiego na myśl. – Ale jeśli dobrze pamiętam, to pierwsze wydanie jego baśni jest z XV albo XVI wieku? Jakby się zastanowić… to hm, może on zabrał sobie ten symbol z tego grobu? Albo zapisał opowieść, którą wymyślili Peverellowie? Albo… jakoś sobie ją ubarwił, bo oni mieli jakąś zajebistą różdżkę czy jedną z tych peleryn, co przestają działać po pewnym czasie? – zastanowiła się, trochę chyba skonsternowana, gdy nagle uświadomiła sobie, że baśnie, które lubi, pochodzą z wieku jakoś XV, a ten niby ich „wielbiciel” spoczywał w grobie od dobrych dwóch wieków wcześniej. Te rozmyślania pochłonęły ją na tyle, że nawet nie odpowiedziała już od razu na uwagę dotyczącą nagrobka, a potem…
…potem podszedł Samuel.
Ginewra nosiła angielskie nazwisko i miała angielskie korzenie, ale Brenna nie dopatrywała się tutaj bliskiego pokrewieństwa. Może nadmiernie zwiodła ją egzotyczna uroda McGongall, może chodziło o to, że słysząc o tym, że ta przyjechała z Egiptu, odruchowo zakładała, że jej rodzina opuściła Anglię na tyle dawno, że pewnie nie mieli jakichś mocnych więzów z tutejszymi czarodziejami. Dopóki więc nie padło to pytanie o matkę, nie zrozumiała w pełni, skąd taka ekscytacja, niedowierzanie i swego rodzaju nadzieja wypisane na twarzy Samuela.
Gdy ten zbliżył się nagle, odruchowo i sama się do niego nieco zbliżyła, zmniejszyła odległość, wyciągnęła dłoń i podparła ją na jego ramieniu. Nie zaciskała palców, nie próbowała wpychać się pomiędzy nich, ale raczej upewnić się, że Sam w tym nagłym entuzjazmie nie zrobi czegoś, co sprawi, że ich gość poczuje się niekomfortowo. Nawet zabrany z lasu pozostawał w pewnym sensie Chłopcem z Kniei – i chyba zawsze miał nim pozostać, do pewnego stopnia przynajmniej. Nieważne, jak mocne więzi zdoła zawrzeć poza nią i że nie znikał już w leśnych odmętach każdego dnia, zamiast tego próbując się uczyć egzystować pośród ludzi.
Nie odezwała się – choć wyglądało na to, że nie tylko skąd się znali, ale jeszcze Sam przypuszczał, że Ginewra mogła znać jego matkę. Brenna wątpiła w to wprawdzie, wszak ta przybyła z dalekiego Egiptu, ale nie odezwała się, podobnie jak młodzieniec… czekając po prostu na odpowiedź.
…potem podszedł Samuel.
Ginewra nosiła angielskie nazwisko i miała angielskie korzenie, ale Brenna nie dopatrywała się tutaj bliskiego pokrewieństwa. Może nadmiernie zwiodła ją egzotyczna uroda McGongall, może chodziło o to, że słysząc o tym, że ta przyjechała z Egiptu, odruchowo zakładała, że jej rodzina opuściła Anglię na tyle dawno, że pewnie nie mieli jakichś mocnych więzów z tutejszymi czarodziejami. Dopóki więc nie padło to pytanie o matkę, nie zrozumiała w pełni, skąd taka ekscytacja, niedowierzanie i swego rodzaju nadzieja wypisane na twarzy Samuela.
Gdy ten zbliżył się nagle, odruchowo i sama się do niego nieco zbliżyła, zmniejszyła odległość, wyciągnęła dłoń i podparła ją na jego ramieniu. Nie zaciskała palców, nie próbowała wpychać się pomiędzy nich, ale raczej upewnić się, że Sam w tym nagłym entuzjazmie nie zrobi czegoś, co sprawi, że ich gość poczuje się niekomfortowo. Nawet zabrany z lasu pozostawał w pewnym sensie Chłopcem z Kniei – i chyba zawsze miał nim pozostać, do pewnego stopnia przynajmniej. Nieważne, jak mocne więzi zdoła zawrzeć poza nią i że nie znikał już w leśnych odmętach każdego dnia, zamiast tego próbując się uczyć egzystować pośród ludzi.
Nie odezwała się – choć wyglądało na to, że nie tylko skąd się znali, ale jeszcze Sam przypuszczał, że Ginewra mogła znać jego matkę. Brenna wątpiła w to wprawdzie, wszak ta przybyła z dalekiego Egiptu, ale nie odezwała się, podobnie jak młodzieniec… czekając po prostu na odpowiedź.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.