15.03.2024, 21:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.03.2024, 21:52 przez Samuel McGonagall.)
Był zapodziany w myślach, w uczuciach, w lęku..
...odkąd trafił do Doliny, odkąd prawdopodobieństwo, że ich ścieżki ponownie się skrzyżują, a zakopane głęboko w lesie wspomnienia nie zostaną wyeksponowane na światło słoneczne. Poniekąd nie mylił się, bo to księżyc i gwiazdy były niemymi świadkami ich szaleństwa.
Tak wiele się zgadzało w tej opowieści, była zabawa, był taniec, była kąpiel, a teraz przecież chciał zamienić się w niedźwiedzia, by przewieźć swoją księżniczkę w bezpieczne miejsce, w którym odpocznie, w którym będzie mogła słodko zasnąć okryta jego skrzydlatymi ramionami.
Ten moment w trzewiach, ten uścisk, gdy zdał sobie sprawę ze scenariusza, który znów odgrywali, nauczeni swych ról tak dobrze, że mogliby o nich śpiewać, że mogliby wyrzeźbić je w drewnie czy cieście... Uścisk, który momentalnie zniknął zastąpiony ogniem spalającym wszystko... Zatopił się w jej ustach, tak jak ona topiła się w jego, dłoniom nie trzeba było większej zachęty do eksploracji odsłoniętych pleców, krzywizny szyi, nagich ramion. Pierzchła nieśmiałość wyparta pragnieniem, które było tak znajome, ale i nieznajome jednocześnie – teraz wcale nie karmione ciekawością, a sentymentem i tęsknotą. Ból i cierpienie, nie były lepszymi przyprawami dla pożądania, a ich serce krwawiły z taką samą mocą, jak łona parły do ponownego złączenia.
Nie wiedział kiedy złoto jej włosów zmieszało się z miękkim piaskiem plaży, nie wiedział kiedy pocałunkami ześlizgnął się w dół do boskich linii obojczyków, zabierając ze sobą mokrą suknię, pozbawiając wyłowioną syrenę łusek. Nie myślał już o niczym, pochłonięty pragnieniem zatopienia się w jej skórze i pozostania tam już na zawsze, odkrywając z zaskoczeniem, że nigdy nie zapomniał tego, jaka była piękna, a z każdym schodzącym coraz niżej pocałunkiem mógł złożyć uwielbienie jej ciału...
...odkąd trafił do Doliny, odkąd prawdopodobieństwo, że ich ścieżki ponownie się skrzyżują, a zakopane głęboko w lesie wspomnienia nie zostaną wyeksponowane na światło słoneczne. Poniekąd nie mylił się, bo to księżyc i gwiazdy były niemymi świadkami ich szaleństwa.
Tak wiele się zgadzało w tej opowieści, była zabawa, był taniec, była kąpiel, a teraz przecież chciał zamienić się w niedźwiedzia, by przewieźć swoją księżniczkę w bezpieczne miejsce, w którym odpocznie, w którym będzie mogła słodko zasnąć okryta jego skrzydlatymi ramionami.
Ten moment w trzewiach, ten uścisk, gdy zdał sobie sprawę ze scenariusza, który znów odgrywali, nauczeni swych ról tak dobrze, że mogliby o nich śpiewać, że mogliby wyrzeźbić je w drewnie czy cieście... Uścisk, który momentalnie zniknął zastąpiony ogniem spalającym wszystko... Zatopił się w jej ustach, tak jak ona topiła się w jego, dłoniom nie trzeba było większej zachęty do eksploracji odsłoniętych pleców, krzywizny szyi, nagich ramion. Pierzchła nieśmiałość wyparta pragnieniem, które było tak znajome, ale i nieznajome jednocześnie – teraz wcale nie karmione ciekawością, a sentymentem i tęsknotą. Ból i cierpienie, nie były lepszymi przyprawami dla pożądania, a ich serce krwawiły z taką samą mocą, jak łona parły do ponownego złączenia.
Nie wiedział kiedy złoto jej włosów zmieszało się z miękkim piaskiem plaży, nie wiedział kiedy pocałunkami ześlizgnął się w dół do boskich linii obojczyków, zabierając ze sobą mokrą suknię, pozbawiając wyłowioną syrenę łusek. Nie myślał już o niczym, pochłonięty pragnieniem zatopienia się w jej skórze i pozostania tam już na zawsze, odkrywając z zaskoczeniem, że nigdy nie zapomniał tego, jaka była piękna, a z każdym schodzącym coraz niżej pocałunkiem mógł złożyć uwielbienie jej ciału...