Miał szczęście, że Bulstrode nie kazała mu wyjść albo w ogóle, że nie uwaliła wszystkich i za jego durne pytanie, i za późniejsze śmiechy. Jednak widząc, jak Cameron się skurczył, a uśmiech z jego twarzy spełznął, zrobiło jej się go żal. Niestety nie mogła go w tym momencie pocieszyć, bo wykładowczyni zaczęła dyktować.
Początek był łatwy, ale tak często bywa z początkami. Rzadko kiedy zwiastują to, co ma się wydarzyć później, a w tym przypadku im dalej w las, tym było gorzej. Ferna nigdy nie uważała się za wybitnego znawcę ortografii angielskiej, ale też nie sądziła, że tak proste rzeczy mogą okazać się tak trudne. Starała się utrzymać na kartce możliwie największy porządek, ale przy końcowym czytaniu parę rzeczy przekreśliła i zapisała ponad nimi, według jej przekonania, poprawną pisownią.
Po raz ostatni przemknęła wzrokiem po wypisanych ciemnym atramentem słowach. Nauczona doświadczeniem wolała nie przekraczać wspomnianych trzech minut, bo widziała, co takiego dzieje się nieszczęśnikom, którzy nie oddali czegoś na czas. Powiedzieć, że Bulstrode była do bólu dokładna, a wliczała się do tego też punktualność, to jakby o buchorożcu wspomnieć, że nie jest on najlepszym zwierzątkiem domowym. Niby prawda, ale bardzo, wręcz zabójczo, niedokładna.
Odłożyła pióro na bok i schowała ręce pod ławką, zerkając w stronę Camerona. Bezgłośnie spytała go „i jak?”, bo miał nietęgą minę. Może wspólne wyjście nie było takim złym pomysłem? Nieważne czy zdadzą, czy uwalą.