Jeśli czegoś mogłeś oczekiwać od Philipa to tego, że w jego obecności będziesz się dobrze bawił. Ewentualnie w wypadku ich dwójki to tego, że się pokłócą. Jakimś cudem ostatnie ich spotkanie obyło się bez kłótni. Ciekawe, czym to się zakończy..? Tak, Laurent się nad tym zastanawiał, fantazjował! Co też takiego może się stać, żeby jak zawsze skończyli wbijając sobie szpileczki w bok. I zastanawiał się nad tym bez większych emocji. To była wyprana z negatywów ciekawość, iście masochistyczna, bo przecież kiedy już taka chwila nadejdzie (jakoś był spokojnie pewien, że nadejdzie) to przestanie być spokojnie. Zacznie się nieprzyjemnie. Na razie jednak mogli rozmawiać o tym, czym się zająć. Rozrywek tutaj nie brakowało. Wystarczyło dać się porwać tłumowi, rozmowom, usiąść do kart, albo może pozwolić sobie na sprośne minięcie maniery cenzurowania wdzięków i dźwięków - na pewno kilka pięknych panien czekało tutaj, żeby zająć czas, potowarzyszyć i podsunąć rodem wyciągniętą z palarni Changów fajkę kiseru do ust. Właściwie temu ostatniemu Laurent by się bardzo chętnie oddał, ale to nie teraz. Wieczorem. Dopiero noce miały w sobie ten klimat zupełnego odpłynięcia.
- Dla mnie tylko herbata. - Poprosił elegancko, darowując sobie bezalkoholowe drinki czy nawet te alkoholowe. Potrząsnął nadgarstkiem i spojrzał na tarczę zegarka na złotej obręczy. Prawie południe, idealna pora na to, żeby uraczyć się dobrą, angielską herbatką! Piwo kremowe było za słodkie jak na jego gusta, chociaż kiedyś się to piło - za dzieciaka głównie. Trzeba było pokazać w końcu, że jest się kimś! - Najpierw mi udowodnij, że potrafisz być dobrym animatorem rozrywek. Masz cały statek do wciągnięcia w zabawę. - Więc mógł się tutaj popisać. Laurent uśmiechnął się przy tym w sposób delikatny, ale jednocześnie stworzył malutką prowokację, ciekaw, czy Philip uniesie się tą swoją dumą i podejmie rękawice, czy może jednak w obliczu ostatnich zmian, jakie obracały jego życiem, uspokoi się. Machnie na to ręką, stwierdzi, że nie po to tutaj jest i nie szukał wcale wyskoków. Laurent chciał to jednak zobaczyć - dawało to poczucie cofnięcia się do paru lat wstecz, gdzie wszystko było prostsze, bardziej normalne, bardziej ułożone. Gdzie każdy krok nie był obarczony poczuciem testu i gdzie nie trzeba było nikomu niczego udowadniać.
Wystarczyło właściwie chwilę postać przy barku, żeby gładko wejść w rozmowy między czarodziei jak i mugoli. Należało tutaj uważać - bo właściwie więcej było mugoli niż samych czarodziei. Nie żeby to było wyjątkowe w obliczu większych rejsów takich jak ten. Niestety mugole zawsze dominowały liczebnością... a może na szczęście? Jak wiele szkód mogłaby przynieść liczebność czarodziei taka, jak mugoli? Pojedyncze osoby ich zagadywały, ploteczki goniły ploteczki, nowinki znane bardziej i mniej dla nich samych i dla osób wokół przeplatały się i tworzyły warkocz wiadomości. Aż w końcu dotarł do nich i gospodarz ich spotkania. William wyglądał na 30 lat - dojrzała twarz o specyficznej urodzie obdarzonej angielską karnacją, ciemnymi jak heban oczami i równie ciemnymi włosami przebłyskującymi kasztanowymi refleksami w promieniach słońca. Przystojniak. Mimo delikatniejszej urody od klasycznych wizerunków przystojnych mężczyzn nadal bez problemu można było tak o nim powiedzieć. Może z pierwszego wrażenia wręcz przyklejała się do niego naklejka "filantrop"? Może. Miał prosty garnitur i wyglądał nader skromnie - wtopiłby się w tłum przeciętnych uczestników tego rejsu, a już na pewno nie wyglądał na żadnego bogacza. Ustępował ich dwójce pod tym kątem. Wymienili pierwsze uprzejmości, pierwsze podziękowania za zaproszenia, pierwsze small talki, jakie wypadało, ale które bardzo szybko zostały skwitowane lekkim machnięciem ręki przez Williama. Człowieka, który wydawał się mieć bardzo łagodny charakter. Nawet mówił sposobem, który przypominał mieszankę mleka z miodem na bolące i podrażnione gardło.
- Obiecałem sobie, że każdy powinien dostać podczas tego rejsu możliwość namalowania obrazu. - William, z drinkiem w ręce, poprowadził ich do części statku, gdzie rozstawiano właśnie trzy stelaże, gdzie kładziono stoliki z farbami i pędzlami - wszystkim, co niezbędne, żeby powstało dzieło. - Skoro was złapałem to równie dobrze możecie przetrzeć szlaki. Jeśli tylko czujecie w sobie chociaż odrobinę weny bajecznymi widokami morza. - Uśmiechnął się tutaj szerzej na moment, bo patrzył wprost na Laurenta - było to tak sugestywne, że nawet ślepiec by to zauważył. Jego dłoń oparta na plecach Laurenta przesunęła się w zapraszającym geście. Wręcz odrobinę zmysłowym.
- Miałbyś szansę wypróbować swoje farby, Philipie. - Laurent powstrzymał swoją ochotę przed jakimś zbereźnym gestem. Przed jakimś ruchem, który byłby szpilką, który byłby robiony w celu wzbudzenia zazdrości. Zamiast tego wręcz położył dłoń na ramieniu wyższego od niego Williama i skierował wzrok na samego blondyna. William cofnął swoją dłoń z jego pleców.
- Maluje pan? - Zapytał lekko zdziwiony jak i zainteresowany.