16.03.2024, 20:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2024, 21:21 przez Erik Longbottom.)
Ona już nie wie, co gada, pomyślał, czując, jak jego szare komórki przegrzewają się, próbując zrozumieć tok rozumowania młodszej Longbottomówny. Najpierw uważa go za szpiega, potem tylko za złego kandydata na partnera, a teraz twierdziła, że w sumie to nie jest taki zły i go lubi. Skrzywił się. Ci wszyscy faceci, którzy gadali o tym, jak łatwo okręcić sobie kobietę wokół palca, nigdy nie spotkali kogoś takiego jak Brenna. Jej by się nie dało nawet wykręcić, aby owinęła się wokół palca. Momentalnie odbiłaby się w drugą stronę. Kobiety były skomplikowane, nawet dla kogoś, kto wychowywał się w otoczeniu siostry i mnóstwa kuzynek.
— To, kto jest w twoim typie? — rzucił cicho, bo nawet nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie.
Podejrzewał, że nawet Brenna nie wiedziała, czego tak naprawdę chce od życia w tej kwestii. Może powinien jej zazdrościć tego zafiksowania na punkcie tego, że nikt z nią nie wytrzyma? Jego życie byłoby wprawdzie smutniejsze, ale dużo prostsze, gdyby po prostu odsunął wszelkie romantyczne myśli na bok. Raz się przejechał i teraz się ciągnęło to za nim od lat, a gdy już schował trupa do szafy, ten postanowił przed paroma dniami wyważyć drzwi... Po tym, jak Erik je uchylił.
— Oczywiście, że potrzebujesz! — sapnął podniesionym tonem, licząc, że głośność stłumi drżenie głosu. — I ja potrzebuję. Tak samo, jak Heather, Nora, Thomas, Dora, Patrick i cała reszta tej... zgrai. — Oderwał dłonie od twarzy tylko po to, aby zaraz rozmasować sobie nasadę nosa, jakby zaczął dostawać ataku migreny. — Straciliśmy już Derwina. Nie chcę... — Zasłonił usta dłonią, gdy tylko zdał sobie sprawę, że głos zaczął mu się łamać. Przywarł mocniej plecami do oparcia skórzanego fotela, nie potrafiąc się zmusić do tego, aby spojrzeć na siostrę. — Wiesz, czego nie chcę.
Ostatnie zdanie wypowiedział cicho, a każde słowo od drugiego oddzielała dłuższa pauza, jakby musiał naprawdę skupić się na tym, aby nie ulec guli kształtującej się w jego gardle. Zaczęrpnął nerwowo powietrza, jakby ledwo co wypłynął na powierzchnie po kilku minutach nurkowania. Dziesięć... Dziewięć... Osiem... Siedem... Sześć... Pięć... Cztery... Trzy... Dwa... Jeden... Zero, odliczał w dół, zmuszając poniekąd ciała do poddania się jego woli. Nie żeby w tej chwili miał specjalne pokłady sił psychicznych, aby utrzymać swoje reakcji pod kontrolą. Nie był mnichem, nie był kapłanem, był tylko durnym detektywem, który zaczynał mieć poważnie wszystkiego dosyć.
— Zgadzam się na... nieingerowanie w twoje sprawy — wydusił z siebie w końcu, z ulgą odkrywając, że jego głos brzmi po prostu głucho. Pustka w tym wypadku była lepsza od żalu. — Masz na siebie uważać. To... To rozkaz. Jestem starszy i wyżej w hierarchii. — Wykrzywił usta w pozbawionym radości uśmieszku, jakby nagle zyskał nad nią przewagę. — Powiem Malwę, żeby zebrała pościel z sypialni. Sporo gości przyjęliśmy w nocy. Przyda się małe sprzątanie..
Sięgnął powoli po jej rękę i ścisnął ją lekko. gładząc kciukiem wierzch jej dłoni. Wypuścił powoli powietrze z ust. Miał nadzieję, że nie będzie zbytnio drążyć, bo na dobrą sprawę nie chciał jej mówić wszystkiego. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że siatka Zakonu Feniksa intensywnie nad czymś pracowała, a skoro nastąpił nagły zryw w organizacji, to oznaczało to tylko jedno: niezapowiedzianą wycieczkę. Zupełnie jak z magicznym zielem dla Arabelli w Szkocji. To był właśnie akt troski; Brenna musiała odpocząć, a nie skupiać się teraz na nim.
— Napij się czegoś i spróbuj się przespać, dobrze? — Obrócił głowę w jej stronę, jednak wzrok dalej nie uniósł się na tyle, aby mógł zerknąć na jej twarz. — Już i tak dużo dziś zrobiłaś. A śniadanie mistrzowsko to domknęło.
— To, kto jest w twoim typie? — rzucił cicho, bo nawet nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie.
Podejrzewał, że nawet Brenna nie wiedziała, czego tak naprawdę chce od życia w tej kwestii. Może powinien jej zazdrościć tego zafiksowania na punkcie tego, że nikt z nią nie wytrzyma? Jego życie byłoby wprawdzie smutniejsze, ale dużo prostsze, gdyby po prostu odsunął wszelkie romantyczne myśli na bok. Raz się przejechał i teraz się ciągnęło to za nim od lat, a gdy już schował trupa do szafy, ten postanowił przed paroma dniami wyważyć drzwi... Po tym, jak Erik je uchylił.
— Oczywiście, że potrzebujesz! — sapnął podniesionym tonem, licząc, że głośność stłumi drżenie głosu. — I ja potrzebuję. Tak samo, jak Heather, Nora, Thomas, Dora, Patrick i cała reszta tej... zgrai. — Oderwał dłonie od twarzy tylko po to, aby zaraz rozmasować sobie nasadę nosa, jakby zaczął dostawać ataku migreny. — Straciliśmy już Derwina. Nie chcę... — Zasłonił usta dłonią, gdy tylko zdał sobie sprawę, że głos zaczął mu się łamać. Przywarł mocniej plecami do oparcia skórzanego fotela, nie potrafiąc się zmusić do tego, aby spojrzeć na siostrę. — Wiesz, czego nie chcę.
Ostatnie zdanie wypowiedział cicho, a każde słowo od drugiego oddzielała dłuższa pauza, jakby musiał naprawdę skupić się na tym, aby nie ulec guli kształtującej się w jego gardle. Zaczęrpnął nerwowo powietrza, jakby ledwo co wypłynął na powierzchnie po kilku minutach nurkowania. Dziesięć... Dziewięć... Osiem... Siedem... Sześć... Pięć... Cztery... Trzy... Dwa... Jeden... Zero, odliczał w dół, zmuszając poniekąd ciała do poddania się jego woli. Nie żeby w tej chwili miał specjalne pokłady sił psychicznych, aby utrzymać swoje reakcji pod kontrolą. Nie był mnichem, nie był kapłanem, był tylko durnym detektywem, który zaczynał mieć poważnie wszystkiego dosyć.
— Zgadzam się na... nieingerowanie w twoje sprawy — wydusił z siebie w końcu, z ulgą odkrywając, że jego głos brzmi po prostu głucho. Pustka w tym wypadku była lepsza od żalu. — Masz na siebie uważać. To... To rozkaz. Jestem starszy i wyżej w hierarchii. — Wykrzywił usta w pozbawionym radości uśmieszku, jakby nagle zyskał nad nią przewagę. — Powiem Malwę, żeby zebrała pościel z sypialni. Sporo gości przyjęliśmy w nocy. Przyda się małe sprzątanie..
Sięgnął powoli po jej rękę i ścisnął ją lekko. gładząc kciukiem wierzch jej dłoni. Wypuścił powoli powietrze z ust. Miał nadzieję, że nie będzie zbytnio drążyć, bo na dobrą sprawę nie chciał jej mówić wszystkiego. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że siatka Zakonu Feniksa intensywnie nad czymś pracowała, a skoro nastąpił nagły zryw w organizacji, to oznaczało to tylko jedno: niezapowiedzianą wycieczkę. Zupełnie jak z magicznym zielem dla Arabelli w Szkocji. To był właśnie akt troski; Brenna musiała odpocząć, a nie skupiać się teraz na nim.
— Napij się czegoś i spróbuj się przespać, dobrze? — Obrócił głowę w jej stronę, jednak wzrok dalej nie uniósł się na tyle, aby mógł zerknąć na jej twarz. — Już i tak dużo dziś zrobiłaś. A śniadanie mistrzowsko to domknęło.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞