16.03.2024, 21:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2024, 21:04 przez Brenna Longbottom.)
– Nie sądzę, żebym miała jakiś typ – westchnęła Brenna, już bliska histerycznego śmiechu. Czy miała jakiś typ? Lubiła może jako nastolatka przez jakieś pięć minut jednego z uczniów, bo był miły, a teraz lubiła kogoś, bo zaproponował jej wspólne samobójstwo i dał cukierka, czy to tworzyło jakiś typ? – Erik, jesteś starszy i z nikim się nie związałeś, naprawdę nie wiem, skąd taki upór ku temu, żebym ja to robiła. Myślisz, że nie zauważyłam, że ledwo trzy miesiące temu kombinowałeś wokół Castiela?
Wtedy też wybrał doskonale. Jej przyjaciela – geja. Ale o tym nie zamierzała przecież wspominać.
Martwił się o nią? Świetnie, ale żaden związek nie będzie cudownym remedium na wszystkie problemy, a ich problemem w tej chwili była tocząca się wojna. Chciał odwrócić uwagę rodziców od siebie i od tego, że nie spotyka się z żadną kobietą, a na imprezach spędza czas albo z przyjaciółką, albo z kolegami? Może wpadło jej to do głowy teraz, ale teraz zdawał się tak cholernie przejęty…
Przemknęła na moment oczy, gdy wspomniał o Derwinie. Stracili jego, potem Jasona, a Millie Moody wciąż była w złym stanie w Lecznicy Dusz. I Brenna wiedziała – nie przeczuwała, a wiedziała po prostu – że stracą kolejne osoby. Bardzo chciałaby powiedzieć Erikowi, że wszystko będzie dobrze, że nie stracą nikogo więcej, ale to byłoby kłamstwo, a nie chciała tak łgać przed bratem. Od dawna nosiła w sobie przekonanie, że sama nie przeżyje tej wojny – może nie umrze dziś, jutro ani nawet za rok, ale konflikt nie potrwa miesięcy, lecz lata całe i będzie się tylko nasilał.
Ale nie mogła mu tego powiedzieć.
Erik patrzył w przyszłość z optymizmem i nie miała prawa mu tego zabierać.
– Każde z nas jest żołnierzem, braciszku. Możemy walczyć ramię w ramię, ale żadnego z nas nie ochronimy przed niebezpieczeństwem. – Gryzło ją to. Okropnie. Gryzło ją, że wciąga w tę sprawę kolejne osoby, że weszła w to Heather, taka młoda, i Vincent, którego konflikt wcale nie musiał dotyczyć. Gryzło ją, że wysyła młode dziewczyny, aby dokonywały włamań, że prosi własnego wuja, aby mącił w sprawach Departamentu Tajemnic i że jej najlepszy przyjaciel włóczy się po Nokturnie, szukając od dawna zaginionego człowieka. Że prosi przyjaciół, aby narażali życie na jakiejś znikającej wyspie, w poszukiwaniu broni wypełnionej mrokiem.
Ale mogła z tym żyć.
Może dlatego przychodziło jej to łatwiej, bo on był dużo lepszym człowiekiem od niej?
– Zawsze na siebie uważam – powiedziała, uśmiechając się nieco krzywo i zaciskając na moment mocniej dłoń na jego ramieniu. Bo wbrew pozorom przecież jednak zwykle starała się planować tak, żeby zwiększyć szanse na przeżycie. – Dobrze. Ale myślę, że też powinieneś odpocząć… a teraz to przede wszystkim naszykować się na wesele – mruknęła, przyglądając się mu uważnie, bo przecież to nie tak, że nie potrafiła zauważyć, że coś jest nie tak. Ale jak cokolwiek mogłoby być w porządku w tym pojebanym świecie, w którym żyli? I niby jak mogłaby pomóc? I czy nie chodziło przypadkiem o Norę i to jej nocne zniknięcie, o którym nie chciała rozmawiać?
Cofnęła rękę, rezygnując jednak z pytań.
Przynajmniej na razie.
– Baw się dobrze. I uważaj na rodzinę panny młodej – mruknęła, nim wyszła z pomieszczenia.
Wtedy też wybrał doskonale. Jej przyjaciela – geja. Ale o tym nie zamierzała przecież wspominać.
Martwił się o nią? Świetnie, ale żaden związek nie będzie cudownym remedium na wszystkie problemy, a ich problemem w tej chwili była tocząca się wojna. Chciał odwrócić uwagę rodziców od siebie i od tego, że nie spotyka się z żadną kobietą, a na imprezach spędza czas albo z przyjaciółką, albo z kolegami? Może wpadło jej to do głowy teraz, ale teraz zdawał się tak cholernie przejęty…
Przemknęła na moment oczy, gdy wspomniał o Derwinie. Stracili jego, potem Jasona, a Millie Moody wciąż była w złym stanie w Lecznicy Dusz. I Brenna wiedziała – nie przeczuwała, a wiedziała po prostu – że stracą kolejne osoby. Bardzo chciałaby powiedzieć Erikowi, że wszystko będzie dobrze, że nie stracą nikogo więcej, ale to byłoby kłamstwo, a nie chciała tak łgać przed bratem. Od dawna nosiła w sobie przekonanie, że sama nie przeżyje tej wojny – może nie umrze dziś, jutro ani nawet za rok, ale konflikt nie potrwa miesięcy, lecz lata całe i będzie się tylko nasilał.
Ale nie mogła mu tego powiedzieć.
Erik patrzył w przyszłość z optymizmem i nie miała prawa mu tego zabierać.
– Każde z nas jest żołnierzem, braciszku. Możemy walczyć ramię w ramię, ale żadnego z nas nie ochronimy przed niebezpieczeństwem. – Gryzło ją to. Okropnie. Gryzło ją, że wciąga w tę sprawę kolejne osoby, że weszła w to Heather, taka młoda, i Vincent, którego konflikt wcale nie musiał dotyczyć. Gryzło ją, że wysyła młode dziewczyny, aby dokonywały włamań, że prosi własnego wuja, aby mącił w sprawach Departamentu Tajemnic i że jej najlepszy przyjaciel włóczy się po Nokturnie, szukając od dawna zaginionego człowieka. Że prosi przyjaciół, aby narażali życie na jakiejś znikającej wyspie, w poszukiwaniu broni wypełnionej mrokiem.
Ale mogła z tym żyć.
Może dlatego przychodziło jej to łatwiej, bo on był dużo lepszym człowiekiem od niej?
– Zawsze na siebie uważam – powiedziała, uśmiechając się nieco krzywo i zaciskając na moment mocniej dłoń na jego ramieniu. Bo wbrew pozorom przecież jednak zwykle starała się planować tak, żeby zwiększyć szanse na przeżycie. – Dobrze. Ale myślę, że też powinieneś odpocząć… a teraz to przede wszystkim naszykować się na wesele – mruknęła, przyglądając się mu uważnie, bo przecież to nie tak, że nie potrafiła zauważyć, że coś jest nie tak. Ale jak cokolwiek mogłoby być w porządku w tym pojebanym świecie, w którym żyli? I niby jak mogłaby pomóc? I czy nie chodziło przypadkiem o Norę i to jej nocne zniknięcie, o którym nie chciała rozmawiać?
Cofnęła rękę, rezygnując jednak z pytań.
Przynajmniej na razie.
– Baw się dobrze. I uważaj na rodzinę panny młodej – mruknęła, nim wyszła z pomieszczenia.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.