16.03.2024, 21:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.10.2024, 23:43 przez Alexander Mulciber.)
Post realizujący prompt z eventu miesiąc miłości
Kiedy słońce chyliło się ku horyzontowi, Alex stał na świeżo zaoranym poletku wydzielonym w jednym z bocznych sektorów ogromnego ogrodu - z przygasłym papierochem tlącym się między zębami, w białej żonobijce i eleganckich spodniach od garnituru, cały ujebany ziemią - i w wielkim skupieniu podlewał świeżo obsadzone grządki, chodząc od krzaka do krzaka z wielkim wężem ogrodowym, którym manewrował w taki sposób, by krople wody leciały z góry, imitując naturalny opad deszczu. Gdy patrzył na równiutkie, zielone szpalery, a promienie zachodzącego słońca padały na jego zakazaną mordę - zwykle nie wyrażającą wiele więcej ponad zblazowaną obojętność - na twarzy Mulcibera zagościła nagle nienaturalna łagodność, a on sam poczuł wewnętrzny spokój.
Alexander Mulciber znał się w życiu na dwóch rzeczach: na przewidywaniu przyszłości i na ćpaniu. W pierwsze zwątpił po aferze z Donaldem, choć dzięki pracy w Departamencie Tajemnic i kilku pomniejszym przepowiedniom, które wypluł z siebie bez ataku drgawek, odzyskiwał wiarę w swoje zdolności prekognitywne. Tego drugiego zaś, wyrzekł się już kilka miesięcy temu.
Zdecydowanie musiał znaleźć sobie jakieś nowe hobby. Padło na ogrodnictwo.
Nie wiedział, od kogo wyszedł pomysł założenia ogrodu uprawnego. Czy zasugerowała to Diana, kiedy rozpaczliwie szukał z nią jakiegoś kompromisu, by nie pomalowała spontanicznie wszystkich ścian w domu na zielono, bo natchniona szałem DIY po kolejnej sesji z terapeutą, tłumaczyła szwagrowi, jakoby patrzenie na zieleń miało koić nerwy? Czy to była sugestia kuzyna Stanleya, który chwalił się swoimi ogórkowymi dokonaniami? Czy to Alex dostał jakąś jego smakowitą marynatę od Rosie, i sam zagadnął krewniaka o tajniki ogrodniczego hobby? Wreszcie, czy był to może efekt jakichś tajemnych konszachtów Rosie z Dianą i może nawet Eden? Kilka dni temu, Diana przyszła przecież do niego, kiedy siedział nad planem zagospodarowania posiadłości, pokręciła noskiem, pokazała palcem na obszar oznaczony jako "ogród", rzuciła - tonem sugerującym, że dzieli się z nim jakąś starożytną sentencją - "chwasty trzeba wyrywać"... I poszła się opalać do altanki. Alexander pokiwał głową, udając że wszystko rozumie. "Przemyślę sprawę, Diana", obiecał. Przemyślał. Ściągnąwszy tylko koszulę i krawat po powrocie z departamentowego biura, zabrał się do ogarniania zapuszczonego ogrodu.
Ciężka praca się opłaciła. Teraz z dumą patrzył na równe grządki. Zaczarował węża ogrodowego tak, by ten przez chwilę sam podlewał sadzonki, i chwycił za ogromną konewkę z nawozem, rozcieńczonym wedle dyspozycji wydanych przez Maeve - tak przynajmniej przedstawiła się Azjatka, która pojawiła się w rezydencji razem ze Stanleyem. Nie miał pojęcia, co ich łączyło, ale wydawało mu się, że kuzyn przynajmniej raz użył w stosunku do kobiety słowa "siostra". Alex nie wiedział, czy w jej żyłach rzeczywiście płynie krew Mulciberów, ale nici powiązań również sugerowały istnienie głębokiej, platonicznej więzi między kobietą a Stanleyem. Choć na początku pozostawał sceptyczny, Maeve szybko zaimponowała swoją przeogromną wiedzą na temat uprawy roślin. Kiedy zapraszał wszystkich do domu na wielki obiad po ciężkim dniu fizycznej pracy w ogródku, zaprosił i ją, rzucając w stronę Azjatki krótkim: "witaj w rodzinie", tak na wszelki wypadek. Wydawała się na tyle wkurwiająca w obyciu, że rzeczywiście mogła mieć w sobie jakąś kapkę krwi Mulciberów.
Alexander odstawił na bok konewkę z nawozem i znów chwycił za węża ogrodowego. Zaciągnął się papierosem. Ociągał się z podlewaniem ale chciał pobyć jeszcze chwilę sam. To był dobry dzień, pomyślał leniwie. Dawno nie miał dobrego dnia.
Trzask teleportacji. Zachwiał się, czując, jak jakiś niespodziewany ciężar osuwa mu się na pierś. Gwałtownie machnął rękoma, i zaparł się o grunt, próbując nie stracić równowagi. Zdołał utrzymać się na nogach, ale kobieta, która aportowała się wprost na jego głowę, miała jednak mniej szczęścia. Najmniej szczęścia miały zaś przygniecione przez nią sadzonki.
- To się dzieje, Loretto... - Głos Alexandra był lodowaty, prawie tak samo, jak woda z upuszczonego przezeń zraszacza, która teraz moczyła obojga. - ...Że właśnie ROZJEBAŁAŚ moje sadzonki.
Bezceremonialnie chwycił kobietę, i bez większego wysiłku odsunął ją z daleka od cennych roślinek. Miał nadzieję, że nikt nie zdecyduje się sprawdzić, kto tak hałasuje w ogrodzie, bo to, że zaraz zaczną się z Lorettą kłócić, było tak pewne jak to, że słońce wschodzi na wschodzie, a zachodzi na zachodzie.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat