16.03.2024, 23:03 ✶
– Och mój Ty słodki świętoszku, uważaj żeby aureolka Ci z głowy nie spadła. – Wydęła wąskie usta rozbawiona na tą przyganę, na ten grymas na longbottomowej twarzy, zupełnie jakby znał ją od wczoraj i był zaskoczony. Zupełnie jakby nie wiedział, że pod BUmowską szatą miała nogi ukryte w skarpetkach o wdzięcznym napisie "suck my dick" i ciężkie glany podbite żelaznym kastetem do łamania palców tak na zaś skutecznego zastraszania, gdy trzeba będzie. Trochę było tak, że po śmierci matki wychowała ją ulica.
To było prawdziwie zaskakujące, że szlachetny, dwumetrowy obrońca ludzkości dogadywał się jakkolwiek z małym złośliwym gnomem, który w innym życiu był z pewnością rzeźnikiem rzucającym mięsem w rozkapryszonych klientów. Byli jak pies z kotem, a jednak wciąż... były to dwa ścierające się gatunki, które chowały się ze sobą niemalże od maleńkości. Razem w szkole, razem w drużynie, niejednokrotnie ratowali sobie tyłki korzystając ze swoich mocnych stron, których drugiemu brakło – nieposzlakowanej opinii, czy śliskich metod pochlebstwa i fałszu. Gdzie pies nie mógł, tam kota posłał, gdzie kot nie rozgrzebał, tak pies kopał rozległe tunele.
To co brzmiało jak straszliwa, surrealistyczna wizja – starość ze swoim rodzeństwem, tak naprawdę jawiło się Mildred Moody jako spełnienie najwspanialszych znów. Nić splatająca jej los z Alastorem była zaskakująco ciasna. Starszy brat zastępował jej ojca, matkę, przez kilka lat był też jej jedynym przyjacielem, pomagającym odgonić demony nocy, pomagającym zasnąć. W przeciwieństwie do wielu, Mills bała się zmiany, bała się, że pojawi się kobieta, która jej brata zaczaruje i ukradnie. Z trudem akceptowała Mav, głównie przez wzgląd na dawną przyjaźń obu pań, ale teraz gdy czuła rosnącą ulgę wobec rozpadającego się związku aurora...
Nieoczekiwana oferta matrymonialna rozbawiła ją siermiężnie, lecz tylko wesołe ogniki w złocistych oczach zdradzały ją, Erik szczęśliwie umiał to rozpoznać, kiedy podejmowała rękawicę. Z resztą... Longbottomom trudno było odmówić pojedynku, czyż nie?
– To jest doskonała myśl. Żadne testy, nie są przecież potrzebne, jesteśmy przecież dla siebie stworzeni! – mówiła tak, jakby rzeczywiście postawił jej przed nosem pierścionek. – Co więcej, myślę, że aby dopełnić świętego łączenia naszych familii, mój brat powinien oświadczyć się Twojej siostrze, o co oboje powinniśmy natychmiast zadbać. Dzięki temu oboje zrealizujemy swój plan doświadczenia starości w bliskim otoczeniu naszego rodzeństwa i och! Co to będą za wieczorki brydżowe! Za każdym razem losujemy który trunek z Waszej Warowniowej Słynnej Piwniczki osuszymy dla umilenia sobie czasu... – z emfazą oparła się o lekko pokiereszowaną skórę oparcia w możliwie najbardziej parszywej piekarni. Palcami delikatnie dotknęła gładkiego policzka, oczy jej lśniły tłumionym śmiechem, policzki różowiły się tak, że ktoś kto jej nie znał mógłby uznać, że jest nawet urocza.
– Taki zaszczyt Eriku, nie mogę w to uwierzyć, żeby dla mnie... taki mezalians... – westchnęła rozanielona upijając kawę z taką gracją, że znów... gdyby ktoś jej nie znał mógłby uznać, że warto zaryzykować i zabrać ją na jakiś bankiet. Jaki zakład musiałaby przegrać, żeby dać się ubrać w sukienkę i nabazgrać coś eleganckiego na twarzy?
To było prawdziwie zaskakujące, że szlachetny, dwumetrowy obrońca ludzkości dogadywał się jakkolwiek z małym złośliwym gnomem, który w innym życiu był z pewnością rzeźnikiem rzucającym mięsem w rozkapryszonych klientów. Byli jak pies z kotem, a jednak wciąż... były to dwa ścierające się gatunki, które chowały się ze sobą niemalże od maleńkości. Razem w szkole, razem w drużynie, niejednokrotnie ratowali sobie tyłki korzystając ze swoich mocnych stron, których drugiemu brakło – nieposzlakowanej opinii, czy śliskich metod pochlebstwa i fałszu. Gdzie pies nie mógł, tam kota posłał, gdzie kot nie rozgrzebał, tak pies kopał rozległe tunele.
To co brzmiało jak straszliwa, surrealistyczna wizja – starość ze swoim rodzeństwem, tak naprawdę jawiło się Mildred Moody jako spełnienie najwspanialszych znów. Nić splatająca jej los z Alastorem była zaskakująco ciasna. Starszy brat zastępował jej ojca, matkę, przez kilka lat był też jej jedynym przyjacielem, pomagającym odgonić demony nocy, pomagającym zasnąć. W przeciwieństwie do wielu, Mills bała się zmiany, bała się, że pojawi się kobieta, która jej brata zaczaruje i ukradnie. Z trudem akceptowała Mav, głównie przez wzgląd na dawną przyjaźń obu pań, ale teraz gdy czuła rosnącą ulgę wobec rozpadającego się związku aurora...
Nieoczekiwana oferta matrymonialna rozbawiła ją siermiężnie, lecz tylko wesołe ogniki w złocistych oczach zdradzały ją, Erik szczęśliwie umiał to rozpoznać, kiedy podejmowała rękawicę. Z resztą... Longbottomom trudno było odmówić pojedynku, czyż nie?
– To jest doskonała myśl. Żadne testy, nie są przecież potrzebne, jesteśmy przecież dla siebie stworzeni! – mówiła tak, jakby rzeczywiście postawił jej przed nosem pierścionek. – Co więcej, myślę, że aby dopełnić świętego łączenia naszych familii, mój brat powinien oświadczyć się Twojej siostrze, o co oboje powinniśmy natychmiast zadbać. Dzięki temu oboje zrealizujemy swój plan doświadczenia starości w bliskim otoczeniu naszego rodzeństwa i och! Co to będą za wieczorki brydżowe! Za każdym razem losujemy który trunek z Waszej Warowniowej Słynnej Piwniczki osuszymy dla umilenia sobie czasu... – z emfazą oparła się o lekko pokiereszowaną skórę oparcia w możliwie najbardziej parszywej piekarni. Palcami delikatnie dotknęła gładkiego policzka, oczy jej lśniły tłumionym śmiechem, policzki różowiły się tak, że ktoś kto jej nie znał mógłby uznać, że jest nawet urocza.
– Taki zaszczyt Eriku, nie mogę w to uwierzyć, żeby dla mnie... taki mezalians... – westchnęła rozanielona upijając kawę z taką gracją, że znów... gdyby ktoś jej nie znał mógłby uznać, że warto zaryzykować i zabrać ją na jakiś bankiet. Jaki zakład musiałaby przegrać, żeby dać się ubrać w sukienkę i nabazgrać coś eleganckiego na twarzy?