Coś poważnego musiało być na rzeczy, ponieważ Stanley nie przypominał sobie dnia, w którym Stella mogłaby się zachowywać podobnie dziwnie. Nie był w stanie odnaleźć jakiegoś dnia od 1969, które pasowałby do powyższej definicji. Dni podczas których był całkowicie nieznośny czy maksymalnie jechał po bandzie, nie sprawiały, że Avery miała taki wyraz twarzy.
Tylko jak to powinien dokładniej interpretować? Strach? Zaskoczenie? Niepewność? Nie miał pojęcia. Ten moment był jedyną chwilą w życiu, kiedy żałował tego, że nie potrafi wróżyć, ani czytać w myślach. Te całe czytanie z kart czy wróżenie z fusów było teraz tak potrzebne jak nigdy... niestety musiał przeżyć zderzenie z rzeczywistością.
Świat zadrżał, a Stanley poczuł sierpowego na swojej twarzy. Oczywiście był to tylko przysłowiowy sierpowy, ponieważ nie było nikogo, kto mógłby go sprzedać dosłownie, a może właśnie był on potrzebny? Miał pustkę w głowie, a słowa Stelli tylko odbijały się od ścianek, szukając adresata. Borgin ciągle słyszał jedną frazę - Robert Mulciber to mój wuj i tak w kółko. Mina mu zaraz zrzedła. Nie potrafił wykrztusić z siebie niczego, co było zaskakujące - on zawsze wiedział jak mógłby odpowiedzieć, a teraz? Nic. Czysta bezradność.
Jeden z najszczęśliwszych momentów w życiu, zamienił się w katorgę. Może zderzenie z rzeczywistością? To był taki przyjemny dzień. Udany, pełen sukcesów, a na deser ten spacer. Czego człowiek potrzebował więcej od życia? Bo na pewno nie tego, co właśnie usłyszał.
Kolejna kłoda pod nogi. Kolejny raz kiedy zostali wystawieni na próbę... ostatni raz? Skoro mieli być kuzynostwem, a zwłaszcza takim z pierwszej ręki, to nie bardzo widział przyszłość dla tego, co budowali tyle lat. To jakiś kurwa żart... Zaśmiał się nerwowo, czując jak zaczyna brakować mu tlenu. Nie widząc innej opcji, poluzował krawat pod szyją i rozpiął ostatni guzik - brakowało kilku sekund, a zapewne leżałby tutaj jak długi.
Mina Stelli sugerowała jednak, że to nie jest żaden żart. Kolejne słowa sprawiły, że z odrobiną odetchnął. Jakiś daleki kuzyn, jak to określiła, napawał jakąś nadzieją. Sugerował, że tak naprawdę jest z nich taka rodzina, jak ze Stanleya wróżbita, czyli żadna. Nadal jednak miał odrobinę paniczną minę, powieka lewego oka mu drżała, a on sam wpatrywał się pustym wzrokiem w Avery.
- Daleki kuzyn... - odezwał się w końcu, przerywając milczenie ze swojej strony. Natłok myśli w niczym nie pomagał. Borgin analizował drzewko rodziny od strony matki. Nie przypominał sobie, aby ktokolwiek z nich, łączył się więzią małżeńską z kimkolwiek z rodziny Avery. Na pewno nie było nikogo takiego do czterech czy pięciu pokoleń wstecz.
- Rozumiem - odparł, wzdychając. Stanley zastanawiał się nad jednym - czy tylko oni mieli takie problemy? Był święcie przekonany o tym, że inny mieli życie usłane różami albo żyli w krainach mlekiem i miodem płynącymi. Oni? Ciągle było coś. Nie było chwili spokoju jakoś od przełomu października i listopada 1970 roku. Czyżby to Anne miała się mścić za wszystko?
- Stella... Jest dziwne. Bardzo dziwne. Jakby... Ja nawet nie wiem co mam powiedzieć - wzruszył ramionami z bezradności - Usiądźmy. Proszę. Zaraz z tego wszystkiego się przekręcę chyba na drugi świat - wskazał dłonią na ławkę, która znajdowała się kilka metrów od nich. Ruszył w kierunku miejsca, które zaproponował.
Usiadł, a następnie uniósł głowę do góry. Miał wrażenie jakby wokół nich znalazła się jakaś blada mgła, a róże, które współgrały z ostatnimi słonecznymi promieniami, odeszły w zapomnienie. Zupełnie jakby nigdy ich tu nie było, a za nimi ciągnęła się jakaś szarość.
Wpatrywał się w niebo przez kilka, może kilkanaście sekund - Stella - zwrócił się do Avery, przenosząc swój wzrok w jej kierunku. Pozwolił sobie również złapać ją za dłoń - Jeżeli mój ojciec... - mówił powoli, dobierając odpowiednie słowa - Jest jakimś dalekim kuzynem Twojego ojca. Kimś, kto nie jest rodziną z pierwszej ręki... To nadal nie widzę problemu - stwierdził - To nie pierwszy raz, kiedy zostaliśmy postawieni przed próbą. Na pewno też nie ostatni - dodał z pewnym ciężarem w głosie, kiedy to wypowiedział - Zawsze jednak dawaliśmy radę. Damy więc i tym razem, tak? - zacisnął odrobinę mocniej dłoń - Wszystko będzie w porządku - zapewnił. Starał się wypowiedzieć to na tyle pewnie na ile tylko potrafił. Widział stan Stelli i nie chciał pozwolić, aby udzieliła jej się jego panika - bardzo dobrze wiedział jak to się kończyło, a on nie miał takich umiejętności jak ona.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972