Tkwił podziw w akceptacji zmiany serca. W tym, że możesz spoglądać na kogoś, kto wyrządził ci krzywdę i nazwać go "przyjacielem". Bo przecież wyrządził jej krzywdę. Spoglądał na jej rozpromienioną twarz i nie miał wątpliwości, że skrzywdził ją... by może nikt jej tak nie skrzywdził? A może skrzywdzili, przecież byłby zbyt pyszny nadając sobie przydomki "tylko ja", "ja najbardziej", "ja najmocniej". Nie ważne było, czy skrzywdził ją najbardziej, bo ważne było to, że skrzywdził ją w ogóle. Mocno. Dotkliwie. Zostawił na niej taką bruzdę, której nie dało się zaleczyć maścią na blizny. Zamiast jednak myśleć o nim do końca życia jak o osobie, której nie chce oglądać, to odpowiedziała na jego zaproszenie i przyszła tutaj rozpromieniona i taka szczęśliwa, jakby... nic złego się nie wydarzyło. Nostalgia dawnych czasów, jakie były między nimi, wezbrała w nim - przepłynęła falą przez jego ciało i ulotniła się jak każda z fal. Pozostawiła taflę wody naruszoną, ale nic nie wskazywało na to, żeby miał rozpętać się sztorm. Tak, właśnie tym byli - przyjaciółmi. A kim byli wcześniej? Kochankami, no tak. Kochankami, którzy gruchali do siebie słodko i których historia zawlekła do punktu, gdzie przynajmniej życie jedno z nich się ułożyło.
- Za każdym razem nie mogę się nadziwić, jak dobrze ci w takiej kreacji. - Przytulił ją do siebie i lekko zmarszczył nos po odsunięciu. Drzewne mieszanki perfum, które go potrafiły okalać, wróciły na główną nutę piżma - nadal tak samo delikatny, Laurent nigdy nie używał ostrych, intensywnych i przesadnie słodkich perfum. - Naprawdę - mogłabyś przestać palić. - Nigdy nie lubił smrodu papierosów. Zdarzało mu się kiedyś, chwilami, palić - nie dla samego tytoniu, był okropny. Chodziło raczej o sam rytuał, który temu towarzyszył. O głębokie poczucie wypuszczania całego życia z siebie wraz z dymem. To potrafiło uspokoić. Obleśny smród kazał zaraz potem usuwać z siebie zaklęciami ten wstrętny zapach, a mimo to ciągle miał wrażenie, że czuje go na palcach i swoich ustach. - Pociesz mnie chociaż, że nie palisz więcej. - W obliczu tragedii, jaka nosiła tym państwem, nie zdziwiłby się, gdyby tak było. Choć... nie śmierdziała tak, jak niektórzy potrafili, co palili zdecydowanie za dużo.
- Nie zaprosiłbym cię na przejażdżkę podczas burzy. - To nie było nawet zapewnienie, to był absolutny fakt, który w jego uczuciu nie potrzebował na silenie się na bardzo przekonujący ton. Przesunął parę razy dłonią po plecach Olivii, dla otuchy, dla zachęty i sam przesunął potem tą ręką po łbie wałacha, który został dla niej przygotowany. Konia, który chyba od razu złapał wspólne porozumienie ze swoją panią. - Lubi cię. - Zwierzęta w ogóle lubiły Olivię. Nie dziwił im się... czy dało się jej NIE lubić? Była pełna dobra i ciepła, aura, jaką wokół siebie roztaczała zapraszała, żeby razem z nią przejść po uliczce miasta i obiecywała, że to będzie jeden z najbardziej wesołych spacerów, jakie przeżyjesz w swoim życiu. Trzeba było ją tylko poznać. Przekonać się, że ta przemykająca bokiem rudowłosa niewiasta ma mnóstwo do zaoferowania. - Pomóc? - Zaoferował, gestem ręki wskazując na siodło. Nie chodziło mi w samo ustawianie strzemion. Chodziło o samo dosiadanie konia, Olivka w końcu była malutka. Za swój dżentelmeński obowiązek uważał wręcz, że powinien damie dosiąść jej rumaka! - Pozwoliłem sobie określić trasę, ale gdybyś miała ochotę coś zobaczyć to się nie krępuj. - Laurent mało rzeczy robił spontanicznie. Nawet jeśli nie zawsze wszystko dopracowywał na ostatni guzik (czasami się zdarzało) to raczej planował pewne rzeczy w przód przynajmniej kilka kroków. - Gdyby nie to, co dzieje się w Kniei Godryka podróż w tamtych terenach byłaby idealna.