17.03.2024, 14:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.03.2024, 13:42 przez Samuel McGonagall.)
Jest ubrany w to samo co na Potańcówce (łącznie z diademem, którego zdaje się nie zauważać)
Pomaga przy organizacji śniadania – przynosi bogato rzeźbione liściastym motywem krzesła i stołek z domku ogrodnika
Rozmawia zmieszany z Brenną
Świt obudził go samotnością i chłodem. W pierwszej chwili nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, a jego płuca momentalnie wypełniły się haustem nerwowo zaciągniętego powietrza. W drugiej chwili chciał uciec, chciał jak najprędzej wrócić do Kniei. W trzeciej przypomniał sobie, że to niemożliwe. Był rozchwiany i zdezorientowany, poprzedni wieczór zdawał się mu być snem, ale nie był pewien do końca po przebudzeniu, czy to było marzenie, czy koszmar, ten charakterystyczny koszmar, gdzie o poranku tak bardzo marzysz, żeby to była prawda, że tym bardziej cierpisz, że prawdą to nie jest. Ubrał się w jedyne ubrania, jakie miał przy sobie, już suche, choć wciąż pachnące jeziorem, o lekko poszarpanych nogawkach. Lekko rozchełstana koszula wyszywana białą nicią w ptaki siedzące na gałęziach, odsłaniała liczne zaczerwienienia, oparzenia, drobne rany cięte i szlak niewielkich krwiaków. W blond włosach wciąż lśnił posrebrzany diadem.
Wyszedł do ogrodu, odprężając się, chłonąc spokój z natury otulonej ochronnymi ramionami Longbottomów. Musiał dać znać Brennie, że przyjął jej zaproszenie, musiał przeprosić za kilka spraw i jak najszybciej się stąd ulotnić. Układał sobie słowa, dotykał miękkiej trawy, ignorując piekącą skórę, rozczesując skołtunione myśli. W końcu po kilku godzinach rozpoczął się ruch i trudno było mu złapać gospodynię kolejnego, choć mniejszego wydarzenia. Instynktownie zaczął pomagać, translokacja przyniósł stołek i dwa krzesła z domku ogrodnika aby nikomu nie zabrakło miejsca.
W końcu też udało mu się złapać Brennę
– Brenna hej ja... – zagadał bardzo cicho, dotykając lekko jej ramienia, dla zwrócienia dla siebie uwagi. – Wczoraj było świetnie i mmm... pamiętasz jak w liście zaproponowałaś, żebym użył domku ogrodnika? No więc, pomyślałem "hej czemu nie, może fajnie będzie spać po kilku miesiącach raz jako człowiek" no i ten... macie tam bardzo wygodne łóżko hehe, sam je w końcu zrobiłem... – bablał unikając kontaktu wzrokowego, drapiąc się po głowie, choć każdy ruch sprawiał mu ból. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko i ten no... pójdę już, nie będę Wam przeszkadzał w śniadaniu.
Pomaga przy organizacji śniadania – przynosi bogato rzeźbione liściastym motywem krzesła i stołek z domku ogrodnika
Rozmawia zmieszany z Brenną
Świt obudził go samotnością i chłodem. W pierwszej chwili nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, a jego płuca momentalnie wypełniły się haustem nerwowo zaciągniętego powietrza. W drugiej chwili chciał uciec, chciał jak najprędzej wrócić do Kniei. W trzeciej przypomniał sobie, że to niemożliwe. Był rozchwiany i zdezorientowany, poprzedni wieczór zdawał się mu być snem, ale nie był pewien do końca po przebudzeniu, czy to było marzenie, czy koszmar, ten charakterystyczny koszmar, gdzie o poranku tak bardzo marzysz, żeby to była prawda, że tym bardziej cierpisz, że prawdą to nie jest. Ubrał się w jedyne ubrania, jakie miał przy sobie, już suche, choć wciąż pachnące jeziorem, o lekko poszarpanych nogawkach. Lekko rozchełstana koszula wyszywana białą nicią w ptaki siedzące na gałęziach, odsłaniała liczne zaczerwienienia, oparzenia, drobne rany cięte i szlak niewielkich krwiaków. W blond włosach wciąż lśnił posrebrzany diadem.
Wyszedł do ogrodu, odprężając się, chłonąc spokój z natury otulonej ochronnymi ramionami Longbottomów. Musiał dać znać Brennie, że przyjął jej zaproszenie, musiał przeprosić za kilka spraw i jak najszybciej się stąd ulotnić. Układał sobie słowa, dotykał miękkiej trawy, ignorując piekącą skórę, rozczesując skołtunione myśli. W końcu po kilku godzinach rozpoczął się ruch i trudno było mu złapać gospodynię kolejnego, choć mniejszego wydarzenia. Instynktownie zaczął pomagać, translokacja przyniósł stołek i dwa krzesła z domku ogrodnika aby nikomu nie zabrakło miejsca.
W końcu też udało mu się złapać Brennę
– Brenna hej ja... – zagadał bardzo cicho, dotykając lekko jej ramienia, dla zwrócienia dla siebie uwagi. – Wczoraj było świetnie i mmm... pamiętasz jak w liście zaproponowałaś, żebym użył domku ogrodnika? No więc, pomyślałem "hej czemu nie, może fajnie będzie spać po kilku miesiącach raz jako człowiek" no i ten... macie tam bardzo wygodne łóżko hehe, sam je w końcu zrobiłem... – bablał unikając kontaktu wzrokowego, drapiąc się po głowie, choć każdy ruch sprawiał mu ból. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko i ten no... pójdę już, nie będę Wam przeszkadzał w śniadaniu.