To, co proponował mu Laurent, w dalszym ciągu pozostawało w wyraźnej sprzeczności z tym, czego sam chciał. Z drugiej strony mógł spełnić prośbę Laurenta i samemu w pewnym momencie się wycofać. Z własnego doświadczenia wiedział, że ludziom do zabawy potrzebne było miejsce, alkohol i muzyka taneczna. W pewnym momencie wszystko zaczęło się toczyć własnym torem, jak wszystkie tego typu zabawy. Pogodzenie czarodziejów i mugoli mogłoby się okazać trudne albo nawet niemożliwe. Z pewnością w gronie znanych im mniej lub bardziej czarodziejów są ci posiadający poglądy antymugolskie. Nie chciał tego rodzaju odpowiedzialności, gdyby któryś z nich sięgnął po różdżkę. Czasem ciekawość brała górę i nieraz rozważał wzięcie udziału w typowo mugolskiej potańcówce, gdyż jakoś obiło mu się o uszy, że one nie są takie sztywne i hermetyczne.
— Rozważę to w takim razie. — To była najlepsza odpowiedź, na jaką zdobył się w tym momencie. Najbardziej dyplomatyczna, biorąc pod uwagę to, że sam na to nie miał ochoty i zrobiłby to tylko po to aby udowodnić Laurentowi, że jest w stanie porwać nawet cały statek do zabawy. Nie było to właściwe. Robienie czegokolwiek wbrew sobie nigdy nie kończyło się dobrze, a w ich przypadku mogłoby skończyć się kolejną kłótnią. Nie rzucał jednak słów na wiatr, kiedy zapewniał Laurenta, że z nim nie będzie się nudzić.
— Jest pan nader skromny względem swojej twórczości. — Trwająca w tym momencie wymiana zdań została okraszona sporą dawką kurtuazji. Philip nie otrzymał powodu ku temu aby przyznać temu malarzowi rację odnośnie jego dzieł. Gdyby to zrobił z pewnością zostałby uznany przez niego za chama i prostaka. Ten mężczyzna nie wzbudził w nim sympatii, nawet jak wydawał się być naprawdę przemiły. Nie jest pierwszą osobą, która utrzymywała grę pozorów.
— Miałem na myśli temperaturę otaczającego nas morza. Mam możliwość odbywania regularnych podróży za granicę i zwykle wybieram pobyt nad morzem. — Jak każdy człowiek potrafił przejawiać różnorakie postawy. Nie każdy mógł doświadczyć możliwości poznania go od tej lepszej strony. Dla swoich najbliższych miał sporo ciepła. Tego nie można powiedzieć o ludziach, którzy nie wzbudzili w nim nawet odrobiny sympatii. Jak William w tym momencie. Zamierzał nad tym przejść do porządku dziennego i nie zamierzał tłumaczyć swojego zachowania.
— Widocznie uległem złudnemu pierwszemu wrażeniu względem pana osoby. Proszę o wybaczenie. — Wytłumaczył swoje zachowanie w stopniu najbliższym prawdy. Nie mógł pozwolić na to, aby jeden człowiek popsuł mu ten rejs. Drobny zgrzyt nie powinien na tym zaważyć. Nie cofnął się, jak tylko William zrobił pół kroku w jego stronę.
— Teraz również proszę o wybaczenie, chciałbym spróbować swoich sił w tym wyzwaniu. — Zdołał przywołać ledwie dostrzegalny uśmiech, przełamujący jego poważną postawę i jeśli William nie miał nic przeciwko temu, skierował swoje kroki w stronę jednej ze sztalug. Stanął przed nią i zarazem obok Laurenta. Zapoznał się z kolorami wszystkich farb oraz wziął do ręki pierwszy z pędzli.
— Nie zamierzasz spróbować namalować swojego? — Odniósł się do tego, że wyraźnie rozbawiony Laurent wyraził chęć trzymania używania przez niego pędzli. W tym czasie wykonał kilka pierwszych pociągnięć pędzlem zamoczonym w mieszaninie czarnej i niebieskiej farby. Malował w ten sposób część tła. Bardzo szybko powstały w ten sposób odcień pojawił się na jego skórze rąk, a w pewnym momencie nawet na mankiecie koszuli i marynarki. Nie wydawało mu się to przeszkadzać w tym momencie. Nie przeszkadzało mu towarzystwo, a skoro Laurent chciał trzymać mu pędzle to też zamierzał mu na to pozwolić.