17.03.2024, 17:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2024, 17:19 przez Alexander Mulciber.)
Zobaczył Morpheusa w kartach zanim jeszcze usłyszał jego kroki, choć przez krótką chwilę musiał się zastanowić, na co właściwie patrzy: ulubiona talia Alexandra była ostatnimi czasy szalenie kapryśna, a każda wiadomość z wszechbytu brzmiała jak pasywno-agresywne szyderstwo wyburczane gniewnie pod nosem. Mulciber podejrzewał, że karty zwyczajnie się na niego obraziły, bo nie dotykał ich przez niemal cały miesiąc swego pobytu we Francji: kiedy błądził palcami nad talią rozłożoną w wachlarz, czuł bowiem pod ręką żar tamtejszego słońca, chociaż był środek nocy, a on siedział samotnie w biurze Departamentu Tajemnic.
Nadnaturalne, miejscowe zmiany temperatury kart - jakby dostał jakiejś poalkoholowej neuropatii autonomicznej - szalenie irytowały już i tak podrażnioną skórę jego dłoni; nagle był bardziej świadomy swych zdartych, posiniaczonych knykci i czuł nieprzyjemne łaskotanie zaklęć maskujących - takich samych, jakie skrywały sińce na jego twarzy - do których nie był przyzwyczajony. Niektóre karty były zimne, inne - ciepłe... Gdy dotknął Słońca, syknął, z nagłą irytacją, i mimowolnie cofnął rękę, tak, jakby się oparzył; od razu wiedział, z jaką kartą ma do czynienia, choć wszystkie odwrócone były rewersami.
Alex jednym ruchem zgarnął je z powrotem w jeden stosik, i zaczął je szybko przetasowywać, efekciarsko, jakby robił cyrkowy popis, nie zaś wróżył, chociaż nikt na niego nie patrzył: wszystko to dlatego, że wiedział, że jego karty nauczyły się uwielbiać te kuglarskie sztuczki, których namiętnie uczył się za dzieciaka.
Chociaż dzień chylił się już ku końcowi, a on spędził go w większości na pracy - odcyfrowując cygańskie symbole, przypominające niekompletne vevè z haitiańskiej odmiany Vodun, które to odnalazł na ludzkich kościach w niewielkiej odległości od pewnego starego miejsca pogańskiego kultu, eksplorowanego przez pracowników Ministerstwa w związku z odnalezionymi tam inskrypcjami przepowiedni kilka miesięcy temu - teraz, kiedy zrobił sobie przerwę, i nic konkretnego nie zajmowało jego myśli, poczuł potrzebę wylosowania "karty dnia".
Intencja była zawsze tak sama, choć pytanie, jakie zadawał, miało kilka wariacji. Dziś zapytał: co mam dalej robić?
Talia gwałtownie wypluła Rydwan, ledwie zdołał wypowieć swoje pytanie w myślach. Muszę się kontrolować. Odstawić emocje na bok. Skupić na pracy. Ogarnąć sprawy majątkowe i interesy rodziny. Nie myśleć o Donaldzie. Przede wszystkim nie myśleć o Donaldzie. Wpatrywał się z przejęciem w kartę, w ambitnego jeźdźca, ujarzmiającego dwa sfinksy, dwie przeciwstawne strony swej natury, patrzącego prosto przed siebie. Mam przyszłość, powtarzał, niczym litanię, wciąż mam przyszłość, a to wszystko nie jest snem. To nie jest sen.
Trzy dodatkowe karty, nie wiedzieć skąd, pojawiły się przed nim, gdy skończył tasować: Król buław. Cesarz. Trójka denarów.
Wszystkie odwrócone.
Wszystkie tak cholernie wymowne, doskonale obnażające jego niepewności w związku z wyzwaniami, jakie stawiała mu przyszłość.
Charyzmatyczny Król różdżek, który nie musi zniżać się do gróźb, by uznano jego autorytet (z pewnym niesmakiem pomyślał teraz o ostatniej rozmowie z Robertem), z pewnym siebie promiennym uśmiechem wizjonera, i silną ręką władcy - nie tyrana, który nie potrafi kontrolować swego gniewu, a raczej protektora - dzierżącego swoją silną wolę jak berło, inspirując innych, by słuchali.
Mulciber nigdy nie był typem przywódcy; nie potrafił porywać tłumów, wybierając raczej milczenie i atmosferę tajemnicy w raczek przytłaczających sytuacjach natury społecznej, dlatego tak samo ubodła go Trójka denarów:
Kiedy zaś przeniósł wreszcie spojrzenie na ambitnego Cesarza, drgnęła mu szczęka. Karta, która patrzyła na niego z wyrzutem, tak samo, jak patrzył na niego ojciec, kiedy sprzeciwiał się jego woli. Choć na tronie siedział wiekowy starzec, nie dumny, silny mężczyzna w kwiecie wieku, jak na karcie Króla buław, sama jego prezencja wzbudzała szacunek i domagała się uległości: był monumentalny, jak podwaliny jego królestwa. Zmarszczone brwi Cesarza sugerowały, że ma władzę wypowiedzenia w każdej chwili wojny, ale jego wyważone spojrzenie tchnęło obietnicą pokoju. Alexander nie znał pojęcia stabilności; nie chciał strategicznie planować całego swojego życia; kontrola własnych, niskich impulsów zawsze stanowiła dla niego wyzwanie. Kiedyś mógł jednak ignorować swoje problemy. Ale teraz...
Teraz miał przed sobą wiele wyzwań, i czuł, że musi coś w sobie zmienić.
Karty z wróżby uosabiały wszystko to, co Mulciber chciałby teraz w sobie zmienić - pokazywały mu to, kim zawsze pragnął, ale nigdy nie mógł być - najpierw, dlatego, że zwyczajnie tego nie chciał, potem, dlatego, że nie potrafił.
Nie słyszał, jak Morpheus wchodzi do biura, bo nie słyszał na jedno ucho od czasu bójki z Louvainem. Z bólem i siniakami potrafił sobie poradzić, nie pierwszy raz w końcu oberwał, ale nieustanne dzwonienie, a w kilkanaście godzin później irytująca cisza po jednej stronie głowy, przeszkadzały mu niezmiernie. Na szczęście, najpierw Longbottoma zobaczył, a ten - być może kierowany jakimś podszeptem intuicji - zbliżył się do niego od strony zdrowego ucha.
Wiedział, że mężczyzna pogrążony był w żałobie. Wieści dotarły do niego, gdy sam był na misji, a potem - w trakcie ministerialnych przesłuchań - ale poza formalną, okolicznościową kartką z kondolencjami, z samym Morpheusem nie widział się od dobrych kilku miesięcy. A to rozmijali się w Departamencie, a to zagraniczna delegacja, a to jego urlop zdrowotny...
Morpheus wciąż nosił czerń. Alexander mimowolnie odtworzył w myślach wspomnienie pogrążonego w śpiączce brata. Gdyby zdechł, mógłby nałożyć czarną koszulę, i zapomnieć, zamiast budzić się w nocy, z wizjami straszliwej zemsty Donalda pod powiekami. Morpheus miał jednak normalną rodzinę, więc musiał być ze swoim bratem mocno związany.
Co powinno się mówić pogrążonym w żałobie ludziom? Czy istniały w ogóle odpowiednie słowa? Co powiedzieć komuś, kto właśnie stracił brata?
Alex nie wiedział. Nie mógłby wiedzieć. Jego własny brat trwał w zawieszeniu między życiem a śmiercią, chociaż dla Alexa, Donald był martwy jeszcze zanim wyszedł z łona ich matki. Niektórzy ludzie są jak wyrok śmierci.
Nie można powiedzieć, że Axel odetchnął z ulgą, gdy Morpheus pierwszy zaczął rozmowę - w sposób, który był tak znajomy i boleśnie zwyczajny, że po raz pierwszy od kilku miesięcy Mulciber poczuł się, kurwa, normalnie, tak, jakby wszystko było po staremu - ale poczuł się spokojniejszy, chociaż cały czas myślał o tym nieoczekiwanym rozkładzie.
Przesunął karty w stronę Morpheusa. Teraz wszystko miało sens. Były ustawione prosto gdyby patrzyło się na rozkład z perspektywy Longbottoma.
Nie mógł czuć się zazdrosny, kiedy czuł wobec kogoś także szacunek.
- Moje karty chyba się za tobą stęskniły, Longbottom. Majstrowałeś przy nich, czy jak? - Dopiero teraz Alex odwzajemnił ciepły uśmiech Morpheusa. - Siadaj - zaprosił mężczyznę, z zainteresowaniem przyglądając się małemu czarnemu pudełeczku, które ten postawił na biurku. Delikatnie stuknął w nie różdżką, skupiajac sie na formułce zaklęcia do analizy magicznej, trochę bardziej z przyzwyczajenia niż z czegokolwiek innego, bo tak właśnie traktował wszystkie potencjalnie niestabilne artefakty, gdy zaczynał zgłębiać ich działanie. Magiczne, zanotował w głowie.
Przeniósł zaciekawione spojrzenie na Morpehusa. Longbottom wiedział, jak kreować napięcie. Przez te kilka lat wspólnej pracy w Departamencie Tajemnic dobrze im się układała ta relacja na płaszczyźnie zawodowej: ich doświadczenia życiowe były często tak różne, że pozwalały obojgu eksplorowane zupełnie różne spojrzenia w stosunku do tych samych zainteresowań, a obojgu zależało na wiedzy i poszerzaniu swoich horyzontów.
Uśmiech jednak lekko zbladł, gdy Alexander uświadomił sobie, że leżące przed nim akta odnoszą się do badań, jakie Morpheus prowadził w Grecji.
Grecja przywodziła na myśl bardzo bolesne wspomnienia związane z Ambrosią, wciaż niezabliźnione rany na sercu, które po ich ostatnich rozmowach były szczególnie dokuczliwe.
Odciągnął jednak uwagę Longbottoma, skinieniem głowy pokazując na ciasto, które dała mu Diana, kiedy wpadł na chwilę do domu, by pomogła mu naprawić blednące zaklęcia maskujące.
Ogarnięta chwilowym szałem pieczenia, po tym jak odkryła jakąś gazetkę z przedziwnymi gadżetami inspirowanymi kulturą mugolską (chociażby kociołek-Thermomix, czy coś takiego), traktowała szwagra jako oficjalnego testera swych wypieków, bo skrzaty domowe prędzej by się udławiły plackiem z zakalcem w środku, niż przyznały na głos, że panienka Diana nie wie co robi. Alex nie miał takich oporów, zresztą, zwyczajnie martwił się o tę idiotkę, i poświęciłby dobrostan swojego przewodu pokarmowego choćby i tylko po to, by posiedzieć z nią w kuchni i szczerze porozmawiać, czy coś się dzieje - ale okazało się, że pieczenie, podobnie jak i joga, to tylko kolejne pomysły świrniętego terapeuty kobiety, który ostatnio tłumaczył jej, że gotowanie na pewno zastąpi psychoseksualną gratyfikację, jaką do tej pory czerpała chodząc z Alexem na mugolskie rave'y, gdzie to podrywali hot parki udając swingersów, z czego, niestety, musieli zrezygnować po tym, jak Mulciber się hajtnął.
Alex nie mógł więc na wymysły szwagierki narzekać - ale i też narzekać nie zamierzał, bo to, co wyczyniała w ich do tej pory nieużywanej kuchni wyglądało może niepozornie (a czasami wręcz niezjadliwie), ale bywało zaskakująco smaczne, tak jak to ciasto.
- Wypiek Diany. Nie mam pojęcia, co to, ani co zawiera - i to samo mogę powiedzieć o twoich ostatnich badaniach - ale dobre jest - powiedział, przerzucając parę kartek dokumentacji, żeby zorientować się w przedziale czasowym obserwacji Morpheusa. - Co jest w pudełku? - rzucił konwersacjonalnie, zanim zaczął czytać wyrywkowo dziennik Longbottoma, a na jego twarzy zagościł wyraz skupienia.
Nadnaturalne, miejscowe zmiany temperatury kart - jakby dostał jakiejś poalkoholowej neuropatii autonomicznej - szalenie irytowały już i tak podrażnioną skórę jego dłoni; nagle był bardziej świadomy swych zdartych, posiniaczonych knykci i czuł nieprzyjemne łaskotanie zaklęć maskujących - takich samych, jakie skrywały sińce na jego twarzy - do których nie był przyzwyczajony. Niektóre karty były zimne, inne - ciepłe... Gdy dotknął Słońca, syknął, z nagłą irytacją, i mimowolnie cofnął rękę, tak, jakby się oparzył; od razu wiedział, z jaką kartą ma do czynienia, choć wszystkie odwrócone były rewersami.
Alex jednym ruchem zgarnął je z powrotem w jeden stosik, i zaczął je szybko przetasowywać, efekciarsko, jakby robił cyrkowy popis, nie zaś wróżył, chociaż nikt na niego nie patrzył: wszystko to dlatego, że wiedział, że jego karty nauczyły się uwielbiać te kuglarskie sztuczki, których namiętnie uczył się za dzieciaka.
Chociaż dzień chylił się już ku końcowi, a on spędził go w większości na pracy - odcyfrowując cygańskie symbole, przypominające niekompletne vevè z haitiańskiej odmiany Vodun, które to odnalazł na ludzkich kościach w niewielkiej odległości od pewnego starego miejsca pogańskiego kultu, eksplorowanego przez pracowników Ministerstwa w związku z odnalezionymi tam inskrypcjami przepowiedni kilka miesięcy temu - teraz, kiedy zrobił sobie przerwę, i nic konkretnego nie zajmowało jego myśli, poczuł potrzebę wylosowania "karty dnia".
Intencja była zawsze tak sama, choć pytanie, jakie zadawał, miało kilka wariacji. Dziś zapytał: co mam dalej robić?
Talia gwałtownie wypluła Rydwan, ledwie zdołał wypowieć swoje pytanie w myślach. Muszę się kontrolować. Odstawić emocje na bok. Skupić na pracy. Ogarnąć sprawy majątkowe i interesy rodziny. Nie myśleć o Donaldzie. Przede wszystkim nie myśleć o Donaldzie. Wpatrywał się z przejęciem w kartę, w ambitnego jeźdźca, ujarzmiającego dwa sfinksy, dwie przeciwstawne strony swej natury, patrzącego prosto przed siebie. Mam przyszłość, powtarzał, niczym litanię, wciąż mam przyszłość, a to wszystko nie jest snem. To nie jest sen.
Trzy dodatkowe karty, nie wiedzieć skąd, pojawiły się przed nim, gdy skończył tasować: Król buław. Cesarz. Trójka denarów.
Wszystkie odwrócone.
Wszystkie tak cholernie wymowne, doskonale obnażające jego niepewności w związku z wyzwaniami, jakie stawiała mu przyszłość.
Charyzmatyczny Król różdżek, który nie musi zniżać się do gróźb, by uznano jego autorytet (z pewnym niesmakiem pomyślał teraz o ostatniej rozmowie z Robertem), z pewnym siebie promiennym uśmiechem wizjonera, i silną ręką władcy - nie tyrana, który nie potrafi kontrolować swego gniewu, a raczej protektora - dzierżącego swoją silną wolę jak berło, inspirując innych, by słuchali.
Mulciber nigdy nie był typem przywódcy; nie potrafił porywać tłumów, wybierając raczej milczenie i atmosferę tajemnicy w raczek przytłaczających sytuacjach natury społecznej, dlatego tak samo ubodła go Trójka denarów:
Kiedy zaś przeniósł wreszcie spojrzenie na ambitnego Cesarza, drgnęła mu szczęka. Karta, która patrzyła na niego z wyrzutem, tak samo, jak patrzył na niego ojciec, kiedy sprzeciwiał się jego woli. Choć na tronie siedział wiekowy starzec, nie dumny, silny mężczyzna w kwiecie wieku, jak na karcie Króla buław, sama jego prezencja wzbudzała szacunek i domagała się uległości: był monumentalny, jak podwaliny jego królestwa. Zmarszczone brwi Cesarza sugerowały, że ma władzę wypowiedzenia w każdej chwili wojny, ale jego wyważone spojrzenie tchnęło obietnicą pokoju. Alexander nie znał pojęcia stabilności; nie chciał strategicznie planować całego swojego życia; kontrola własnych, niskich impulsów zawsze stanowiła dla niego wyzwanie. Kiedyś mógł jednak ignorować swoje problemy. Ale teraz...
Teraz miał przed sobą wiele wyzwań, i czuł, że musi coś w sobie zmienić.
Karty z wróżby uosabiały wszystko to, co Mulciber chciałby teraz w sobie zmienić - pokazywały mu to, kim zawsze pragnął, ale nigdy nie mógł być - najpierw, dlatego, że zwyczajnie tego nie chciał, potem, dlatego, że nie potrafił.
Nie słyszał, jak Morpheus wchodzi do biura, bo nie słyszał na jedno ucho od czasu bójki z Louvainem. Z bólem i siniakami potrafił sobie poradzić, nie pierwszy raz w końcu oberwał, ale nieustanne dzwonienie, a w kilkanaście godzin później irytująca cisza po jednej stronie głowy, przeszkadzały mu niezmiernie. Na szczęście, najpierw Longbottoma zobaczył, a ten - być może kierowany jakimś podszeptem intuicji - zbliżył się do niego od strony zdrowego ucha.
Wiedział, że mężczyzna pogrążony był w żałobie. Wieści dotarły do niego, gdy sam był na misji, a potem - w trakcie ministerialnych przesłuchań - ale poza formalną, okolicznościową kartką z kondolencjami, z samym Morpheusem nie widział się od dobrych kilku miesięcy. A to rozmijali się w Departamencie, a to zagraniczna delegacja, a to jego urlop zdrowotny...
Morpheus wciąż nosił czerń. Alexander mimowolnie odtworzył w myślach wspomnienie pogrążonego w śpiączce brata. Gdyby zdechł, mógłby nałożyć czarną koszulę, i zapomnieć, zamiast budzić się w nocy, z wizjami straszliwej zemsty Donalda pod powiekami. Morpheus miał jednak normalną rodzinę, więc musiał być ze swoim bratem mocno związany.
Co powinno się mówić pogrążonym w żałobie ludziom? Czy istniały w ogóle odpowiednie słowa? Co powiedzieć komuś, kto właśnie stracił brata?
Alex nie wiedział. Nie mógłby wiedzieć. Jego własny brat trwał w zawieszeniu między życiem a śmiercią, chociaż dla Alexa, Donald był martwy jeszcze zanim wyszedł z łona ich matki. Niektórzy ludzie są jak wyrok śmierci.
Nie można powiedzieć, że Axel odetchnął z ulgą, gdy Morpheus pierwszy zaczął rozmowę - w sposób, który był tak znajomy i boleśnie zwyczajny, że po raz pierwszy od kilku miesięcy Mulciber poczuł się, kurwa, normalnie, tak, jakby wszystko było po staremu - ale poczuł się spokojniejszy, chociaż cały czas myślał o tym nieoczekiwanym rozkładzie.
Przesunął karty w stronę Morpheusa. Teraz wszystko miało sens. Były ustawione prosto gdyby patrzyło się na rozkład z perspektywy Longbottoma.
Nie mógł czuć się zazdrosny, kiedy czuł wobec kogoś także szacunek.
- Moje karty chyba się za tobą stęskniły, Longbottom. Majstrowałeś przy nich, czy jak? - Dopiero teraz Alex odwzajemnił ciepły uśmiech Morpheusa. - Siadaj - zaprosił mężczyznę, z zainteresowaniem przyglądając się małemu czarnemu pudełeczku, które ten postawił na biurku. Delikatnie stuknął w nie różdżką, skupiajac sie na formułce zaklęcia do analizy magicznej, trochę bardziej z przyzwyczajenia niż z czegokolwiek innego, bo tak właśnie traktował wszystkie potencjalnie niestabilne artefakty, gdy zaczynał zgłębiać ich działanie. Magiczne, zanotował w głowie.
Przeniósł zaciekawione spojrzenie na Morpehusa. Longbottom wiedział, jak kreować napięcie. Przez te kilka lat wspólnej pracy w Departamencie Tajemnic dobrze im się układała ta relacja na płaszczyźnie zawodowej: ich doświadczenia życiowe były często tak różne, że pozwalały obojgu eksplorowane zupełnie różne spojrzenia w stosunku do tych samych zainteresowań, a obojgu zależało na wiedzy i poszerzaniu swoich horyzontów.
Uśmiech jednak lekko zbladł, gdy Alexander uświadomił sobie, że leżące przed nim akta odnoszą się do badań, jakie Morpheus prowadził w Grecji.
Grecja przywodziła na myśl bardzo bolesne wspomnienia związane z Ambrosią, wciaż niezabliźnione rany na sercu, które po ich ostatnich rozmowach były szczególnie dokuczliwe.
Odciągnął jednak uwagę Longbottoma, skinieniem głowy pokazując na ciasto, które dała mu Diana, kiedy wpadł na chwilę do domu, by pomogła mu naprawić blednące zaklęcia maskujące.
Ogarnięta chwilowym szałem pieczenia, po tym jak odkryła jakąś gazetkę z przedziwnymi gadżetami inspirowanymi kulturą mugolską (chociażby kociołek-Thermomix, czy coś takiego), traktowała szwagra jako oficjalnego testera swych wypieków, bo skrzaty domowe prędzej by się udławiły plackiem z zakalcem w środku, niż przyznały na głos, że panienka Diana nie wie co robi. Alex nie miał takich oporów, zresztą, zwyczajnie martwił się o tę idiotkę, i poświęciłby dobrostan swojego przewodu pokarmowego choćby i tylko po to, by posiedzieć z nią w kuchni i szczerze porozmawiać, czy coś się dzieje - ale okazało się, że pieczenie, podobnie jak i joga, to tylko kolejne pomysły świrniętego terapeuty kobiety, który ostatnio tłumaczył jej, że gotowanie na pewno zastąpi psychoseksualną gratyfikację, jaką do tej pory czerpała chodząc z Alexem na mugolskie rave'y, gdzie to podrywali hot parki udając swingersów, z czego, niestety, musieli zrezygnować po tym, jak Mulciber się hajtnął.
Alex nie mógł więc na wymysły szwagierki narzekać - ale i też narzekać nie zamierzał, bo to, co wyczyniała w ich do tej pory nieużywanej kuchni wyglądało może niepozornie (a czasami wręcz niezjadliwie), ale bywało zaskakująco smaczne, tak jak to ciasto.
- Wypiek Diany. Nie mam pojęcia, co to, ani co zawiera - i to samo mogę powiedzieć o twoich ostatnich badaniach - ale dobre jest - powiedział, przerzucając parę kartek dokumentacji, żeby zorientować się w przedziale czasowym obserwacji Morpheusa. - Co jest w pudełku? - rzucił konwersacjonalnie, zanim zaczął czytać wyrywkowo dziennik Longbottoma, a na jego twarzy zagościł wyraz skupienia.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat