17.03.2024, 18:59 ✶
Kąciki ust Alexa mimowolnie drgnęły, kiedy okazało się, że trafił w czuły punkt: wcześniej starannie uniknął wspomienia Imienia, Którego Nie Wolno Wymawiać, bo liczył, że Robert potrafi przeczytać to, co zawarł między wierszami. Choć to były dosyć płonne nadzieje - biorąc pod uwagę, że ten po tylu listach nie załapał aluzji, że Alexander nie daje jebania o jego obsesyjno-kompulsyjne zaburzenia na punkcie savoir-vivre - w nienagannej masce opanowania, jaką prezentował światu Robert, znalazł jakąś niedoskonałość.
Może jednak nauczył się czegoś z sali przesłuchań.
Dobrze, pomyślał chłodno Mulciber, wytrzymując przenikliwe spojrzenie krewniaka, musi być świadom, że jeżeli rozpęta z tego coś większego, właśnie tak będą go próbowali sprowokować.
Nie zależało mu na poniżeniu Roberta. Co prawda, nie mógł sobie tak do końca odmówić tej drobnej przyjemności z podrażnienia jego nerwów, zwłaszcza, kiedy ten tak długo z nim korespondował, oferując tak beznadziejnie nijakie sweet nothings, że najgłupsza kurwa by się na nie nie nabrała, gdyby ten szeptał jej na ucho takie farmazony. Alexander, przychodząc tutaj, myślał o bezpieczeństwie swoim i Diany. O tym, że w razie kłopotów, będą zdani na siebie i resztę Mulciberów.
- Szczerość w rodzinie to podstawa – rzucił Alexander, prostując się w fotelu. Gdybyś zaczął tak od razu, nie musiałbym być takim chamem, żeby sprowokować cię do podania jakichkolwiek szczegółów, pomyślał kwaśno.
Robert nie tracił więcej czasu na czcze gadanie. Dobrze, że wyjaśnili sobie pewne rzeczy... Axel trwał zasłuchany w jego monolog, obracając w palcach papierową konstrukcję, którą właśnie wykańczał, aż usłyszał to, czego bał się usłyszeć.
Więc nie masz żadnego planu, jęknął wewnętrznie Alex. "Jedynie pewność, przekonanie..." KurrrrrwaaaaaaaaaAA.
Papierowy samolocik, stworzony na kanwie wyrwanej z gazety kartki był prawdziwym arcydziełem.
Alexander nie dał po sobie pokazać, że wewnętrznie targają nim jakieś emocje, poza zmarszczeniem brwi.
- Skoroś taki pełen polotu...
Samolocik poleciał w stronę Roberta, długo szybując i zataczając w powietrzu kółka, dopóki nie wylądował na jego głowie... Chyba, że ten zdołał go wcześniej złapać.
- ...Zastanawiam się, dlaczego twoje curriculum vitae jeszcze nie leży na biurku szefa Departamentu Przestrzegania Prawa - powiedział spokojnie Alex, ważąc powoli słowa.
Odchylił się na oparciu fotela.
- To moja sugestia. Masz znajomości, doświadczenie i reputację. Czego ty się boisz? - spytał bezceremonialnie. Kiedy mówił dalej, odwrócił już głowę, by w zamyśleniu patrzeć na drzewa za oknem. Rozumiał, że powrót do ministerstwa musiał być dla Roberta i jego części rodziny kwestią dumy. Ale protestować przeciwko władzy Nobby'ego Leacha, który dawno wąchał już kwiatki od spodu, tylko po to, by zadowolić dumę nieżyjących już ojców? Uważał to za głupotę.
- Przecież z odpowiednim poparciem by ci nie odmówili. A im dłużej zwlekamy, tym bardziej rozhukany medialnie stanie się ten proces. A gdybyś zrekrutował się tam już teraz? Jakiś pismak na pewno wyniucha, że jesteś blisko Wizengamotu, gdy zacznie się rozprawa, a wtedy... Zaczną do ciebie walić. Drzwiami i oknami. Prosząc o komentarz. Kwestionując lojalność. Zadając pytania o priorytety rodziny.
Alexander z powrotem zwrócił wzrok na Roberta i ponownie otaksował go spojrzeniem: nie pogardliwym, tylko uważnym, oceniającym; tak, jakby analizował, na co go stać.
- Myślałem, że jesteś typem, którego nie da się wytrącić z równowagi, ale może się myliłem. Aż tak łatwo byłoby im cię sprowokować?
Wyprostował rękę opartą o podłokietnik, na przemian to prostując palce, na przemian to zaciskając dłoń w pięść. Często bawił się drobnymi przedmiotami trzymanymi w rękach, kiedy intensywnie nad czymś myślał: zwykle były to karty; dziś jednak, miał inną starą sztuczkę: przesuwał rodowy sygnet Mulciberów między palcami, tak szybko, jakby bawił się monetą.
- Mam też inną sugestię. Jeżeli ta cię nie satysfakcjonuje. I pytania. Jeżeli chcesz kontynuować rozmowę.
Może jednak nauczył się czegoś z sali przesłuchań.
Dobrze, pomyślał chłodno Mulciber, wytrzymując przenikliwe spojrzenie krewniaka, musi być świadom, że jeżeli rozpęta z tego coś większego, właśnie tak będą go próbowali sprowokować.
Nie zależało mu na poniżeniu Roberta. Co prawda, nie mógł sobie tak do końca odmówić tej drobnej przyjemności z podrażnienia jego nerwów, zwłaszcza, kiedy ten tak długo z nim korespondował, oferując tak beznadziejnie nijakie sweet nothings, że najgłupsza kurwa by się na nie nie nabrała, gdyby ten szeptał jej na ucho takie farmazony. Alexander, przychodząc tutaj, myślał o bezpieczeństwie swoim i Diany. O tym, że w razie kłopotów, będą zdani na siebie i resztę Mulciberów.
- Szczerość w rodzinie to podstawa – rzucił Alexander, prostując się w fotelu. Gdybyś zaczął tak od razu, nie musiałbym być takim chamem, żeby sprowokować cię do podania jakichkolwiek szczegółów, pomyślał kwaśno.
Robert nie tracił więcej czasu na czcze gadanie. Dobrze, że wyjaśnili sobie pewne rzeczy... Axel trwał zasłuchany w jego monolog, obracając w palcach papierową konstrukcję, którą właśnie wykańczał, aż usłyszał to, czego bał się usłyszeć.
Więc nie masz żadnego planu, jęknął wewnętrznie Alex. "Jedynie pewność, przekonanie..." KurrrrrwaaaaaaaaaAA.
Papierowy samolocik, stworzony na kanwie wyrwanej z gazety kartki był prawdziwym arcydziełem.
Alexander nie dał po sobie pokazać, że wewnętrznie targają nim jakieś emocje, poza zmarszczeniem brwi.
- Skoroś taki pełen polotu...
Samolocik poleciał w stronę Roberta, długo szybując i zataczając w powietrzu kółka, dopóki nie wylądował na jego głowie... Chyba, że ten zdołał go wcześniej złapać.
- ...Zastanawiam się, dlaczego twoje curriculum vitae jeszcze nie leży na biurku szefa Departamentu Przestrzegania Prawa - powiedział spokojnie Alex, ważąc powoli słowa.
Odchylił się na oparciu fotela.
- To moja sugestia. Masz znajomości, doświadczenie i reputację. Czego ty się boisz? - spytał bezceremonialnie. Kiedy mówił dalej, odwrócił już głowę, by w zamyśleniu patrzeć na drzewa za oknem. Rozumiał, że powrót do ministerstwa musiał być dla Roberta i jego części rodziny kwestią dumy. Ale protestować przeciwko władzy Nobby'ego Leacha, który dawno wąchał już kwiatki od spodu, tylko po to, by zadowolić dumę nieżyjących już ojców? Uważał to za głupotę.
- Przecież z odpowiednim poparciem by ci nie odmówili. A im dłużej zwlekamy, tym bardziej rozhukany medialnie stanie się ten proces. A gdybyś zrekrutował się tam już teraz? Jakiś pismak na pewno wyniucha, że jesteś blisko Wizengamotu, gdy zacznie się rozprawa, a wtedy... Zaczną do ciebie walić. Drzwiami i oknami. Prosząc o komentarz. Kwestionując lojalność. Zadając pytania o priorytety rodziny.
Alexander z powrotem zwrócił wzrok na Roberta i ponownie otaksował go spojrzeniem: nie pogardliwym, tylko uważnym, oceniającym; tak, jakby analizował, na co go stać.
- Myślałem, że jesteś typem, którego nie da się wytrącić z równowagi, ale może się myliłem. Aż tak łatwo byłoby im cię sprowokować?
Wyprostował rękę opartą o podłokietnik, na przemian to prostując palce, na przemian to zaciskając dłoń w pięść. Często bawił się drobnymi przedmiotami trzymanymi w rękach, kiedy intensywnie nad czymś myślał: zwykle były to karty; dziś jednak, miał inną starą sztuczkę: przesuwał rodowy sygnet Mulciberów między palcami, tak szybko, jakby bawił się monetą.
- Mam też inną sugestię. Jeżeli ta cię nie satysfakcjonuje. I pytania. Jeżeli chcesz kontynuować rozmowę.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat