17.03.2024, 20:43 ✶
Czasami sami wmawialiśmy sobie coś, co nie do końca było prawdą, jednak pomagało nam usprawiedliwić nasze wątpliwe zachowania. Nie było to zdrowe, szczególnie, jeśli to, czego się baliśmy mogło jednak wyjść nam na dobre. Jak na przykład odcięcie się od toksycznych osób, czy przyjęcie pomocnej dłoni. Thomas zmierzył się z dwiema kwestiami nie do końca ze swojej woli, ale w końcu przełamanie swoich przekonań wyszło mu chyba na dobre. Nie był wszystkiego do końca pewny, ale było trochę lżej. Szczególnie na sercu.
W kwestii ich dwójki, oboje musieli na spokojnie przemyśleć, co tak naprawdę między nimi się działo. Na razie pędzili w nieznane, chcąc jak najszybciej załatać rany, które zostały wyrządzone. Thomas nie był pewien, czy to najlepsze rozwiązanie, nie chciał jednak, by ewentualna opieszałość znów wszystko popsuła. Zawsze kierował się strategią - więcej robienia, mniej myślenia, nie wychodziła mu ona jednak czasem na dobre. W niektórych sytuacjach trzeba było w końcu się na chwilę zatrzymać i posłuchać swojej głowy i serca.
- O, widzisz, mieszkałem kawał czasu sam, toteż musiałem się tego i owego nauczyć, jeśli nie chciałem wydać wszystkich pieniędzy w knajpach. Zresztą, już jak byłem dzieckiem matka dbała, byśmy z rodzeństwem potrafili zrobić chociaż jajecznicę, ewentualnie wykarmić się nawzajem, gdy ona była zajęta pomocą ojcu - mówił z lekką nostalgią, choć nie wyglądało, jakby wspominanie tego sprawiało mu przyjemność. Nie trwało to jednak długo, szczególnie, że chwilę później już chciał proponować, że Gerry może wpaść do niego, jeśli poczuje głód, z dwóch powodów jednak z tego zrezygnował. Powód pierwszy - dziewczyna jeszcze dzień temu chciała pewnie go zamordować. Powód drugi, nie mieszkał sam. Bardziej mieszkał u kogoś. I czuł się z tym nadal trochę nieswojo, choć minęło już sporo czasu.
- Trochę szkoda tych ciepłych dni, ale chyba wolę początek jesieni. Zawsze wydawała mi się jakaś przyjemniejsza, barwniejsza i chyba mam z nią związanych więcej miłych wspomnień. - Spojrzał na zieleń liści, wiedząc, że jeszcze piękniej okolica będzie wyglądać, gdy te pokryją się żółcią, pomarańczą i czerwienią. - I tak, od jakiegoś roku mieszkam u Longbottomów. Kiepska historia, ale to naprawdę dobrzy przyjaciele, traktują mnie już chyba trochę jak członka rodziny. - Czasem bardziej, niż jego własna.
Tęsknił trochę za swoim starym mieszkaniem i pewną swobodą, wiedział jednak, że bezpieczeństwo było bezcenne, a Warownia właśnie to mu dawała. Możliwość pewnej beztroski i wsparcie, którego nawet nie wiedział, że mu brakowało.
Spochmurniał, gdy usłyszał potwierdzenie, że Ger rzeczywiście spotkała się z tymi istotami. Zatrzymał się nawet na chwilę, jakby uważniej przyglądając się twarzy kobiety, marszcząc przy tym lekko brwi.
- Ale nic ci się nie stało? - zapytał, nie kryjąc, że trochę się martwił. Nie wiedział kiedy nawet nastąpiło to spotkanie, które mogło skończyć się tragicznie, a to sprawiło, że coś zacisnęło się mu na żołądku. Kara za to, że się nie odezwał. Gdyby sytuacja skończyła się mniej pomyślnie… Nie chciał o tym myśleć, ale nie potrafił. Wryło się to w jego umysł i wiedział, że szybko nie ucieknie.
Ucieszył się, że miejsce zyskało aprobatę dziewczyny. Rzeczywiście, było tu naprawdę zacisznie, a co ważne, polana była tak naprawdę rzadko uczęszczana. Thomas nigdy nie widział poza nim tu nikogo innego, choć może miał po prostu szczęście.
Chciał też powiedzieć Gerry, że powinna usiąść wygodnie i nic nie robić - w końcu taki miał zamysł, spróbować potraktować ją trochę jak księżniczkę, poczuł jednak, że może to nie do końca właściwe zachowanie wobec tej konkretnej kobiety. Może przynajmniej nie dziś. Kiedyś, kto wie?
- Jasne, będzie szybciej - odpowiedział w końcu, idąc ze swoim umysłem na mały kompromis. - A potem polecam się wygodnie rozłożyć, a ja zaraz wyjmę prowiant.
Gdy koc leżał już na trawie, a Gerry się na nim rozsiadła, otworzył koszyk piknikowy, który znalazł wcześniej gdzieś w Warowni, po czym wyłożył przed nimi zapiekankę, trochę kanapek z indykiem, sałatkę makaronową i cóż, babeczki malinowe. Oprócz tego wyciągnął termos z kawą i jedną z dwóch butelek whisky oraz talerzyki, widelce i szklanki, ot, dla zachowania kultury. Wiedział jednak, że po tej jednej flaszce te mogą pójść w zapomnienie.
- Mam nadzieję, że spełniłem chociaż ułamek oczekiwań? - Spojrzał na jedzenie, a następnie na Ger. Jego oczy wyrażały lekką niepewność, choć uśmiechał się lekko, wyglądając niczym szczeniak czekający na pochwałę.
W kwestii ich dwójki, oboje musieli na spokojnie przemyśleć, co tak naprawdę między nimi się działo. Na razie pędzili w nieznane, chcąc jak najszybciej załatać rany, które zostały wyrządzone. Thomas nie był pewien, czy to najlepsze rozwiązanie, nie chciał jednak, by ewentualna opieszałość znów wszystko popsuła. Zawsze kierował się strategią - więcej robienia, mniej myślenia, nie wychodziła mu ona jednak czasem na dobre. W niektórych sytuacjach trzeba było w końcu się na chwilę zatrzymać i posłuchać swojej głowy i serca.
- O, widzisz, mieszkałem kawał czasu sam, toteż musiałem się tego i owego nauczyć, jeśli nie chciałem wydać wszystkich pieniędzy w knajpach. Zresztą, już jak byłem dzieckiem matka dbała, byśmy z rodzeństwem potrafili zrobić chociaż jajecznicę, ewentualnie wykarmić się nawzajem, gdy ona była zajęta pomocą ojcu - mówił z lekką nostalgią, choć nie wyglądało, jakby wspominanie tego sprawiało mu przyjemność. Nie trwało to jednak długo, szczególnie, że chwilę później już chciał proponować, że Gerry może wpaść do niego, jeśli poczuje głód, z dwóch powodów jednak z tego zrezygnował. Powód pierwszy - dziewczyna jeszcze dzień temu chciała pewnie go zamordować. Powód drugi, nie mieszkał sam. Bardziej mieszkał u kogoś. I czuł się z tym nadal trochę nieswojo, choć minęło już sporo czasu.
- Trochę szkoda tych ciepłych dni, ale chyba wolę początek jesieni. Zawsze wydawała mi się jakaś przyjemniejsza, barwniejsza i chyba mam z nią związanych więcej miłych wspomnień. - Spojrzał na zieleń liści, wiedząc, że jeszcze piękniej okolica będzie wyglądać, gdy te pokryją się żółcią, pomarańczą i czerwienią. - I tak, od jakiegoś roku mieszkam u Longbottomów. Kiepska historia, ale to naprawdę dobrzy przyjaciele, traktują mnie już chyba trochę jak członka rodziny. - Czasem bardziej, niż jego własna.
Tęsknił trochę za swoim starym mieszkaniem i pewną swobodą, wiedział jednak, że bezpieczeństwo było bezcenne, a Warownia właśnie to mu dawała. Możliwość pewnej beztroski i wsparcie, którego nawet nie wiedział, że mu brakowało.
Spochmurniał, gdy usłyszał potwierdzenie, że Ger rzeczywiście spotkała się z tymi istotami. Zatrzymał się nawet na chwilę, jakby uważniej przyglądając się twarzy kobiety, marszcząc przy tym lekko brwi.
- Ale nic ci się nie stało? - zapytał, nie kryjąc, że trochę się martwił. Nie wiedział kiedy nawet nastąpiło to spotkanie, które mogło skończyć się tragicznie, a to sprawiło, że coś zacisnęło się mu na żołądku. Kara za to, że się nie odezwał. Gdyby sytuacja skończyła się mniej pomyślnie… Nie chciał o tym myśleć, ale nie potrafił. Wryło się to w jego umysł i wiedział, że szybko nie ucieknie.
Ucieszył się, że miejsce zyskało aprobatę dziewczyny. Rzeczywiście, było tu naprawdę zacisznie, a co ważne, polana była tak naprawdę rzadko uczęszczana. Thomas nigdy nie widział poza nim tu nikogo innego, choć może miał po prostu szczęście.
Chciał też powiedzieć Gerry, że powinna usiąść wygodnie i nic nie robić - w końcu taki miał zamysł, spróbować potraktować ją trochę jak księżniczkę, poczuł jednak, że może to nie do końca właściwe zachowanie wobec tej konkretnej kobiety. Może przynajmniej nie dziś. Kiedyś, kto wie?
- Jasne, będzie szybciej - odpowiedział w końcu, idąc ze swoim umysłem na mały kompromis. - A potem polecam się wygodnie rozłożyć, a ja zaraz wyjmę prowiant.
Gdy koc leżał już na trawie, a Gerry się na nim rozsiadła, otworzył koszyk piknikowy, który znalazł wcześniej gdzieś w Warowni, po czym wyłożył przed nimi zapiekankę, trochę kanapek z indykiem, sałatkę makaronową i cóż, babeczki malinowe. Oprócz tego wyciągnął termos z kawą i jedną z dwóch butelek whisky oraz talerzyki, widelce i szklanki, ot, dla zachowania kultury. Wiedział jednak, że po tej jednej flaszce te mogą pójść w zapomnienie.
- Mam nadzieję, że spełniłem chociaż ułamek oczekiwań? - Spojrzał na jedzenie, a następnie na Ger. Jego oczy wyrażały lekką niepewność, choć uśmiechał się lekko, wyglądając niczym szczeniak czekający na pochwałę.