17.03.2024, 22:42 ✶
Thomas przede wszystkim ostatnio nie dawał sobie pomóc. Erik i Brenna zrobili już dla niego wystarczająco dużo w jego mniemaniu, przede wszystkim oferując mu dach nad głową. A sprawy jego rodziny, cóż, wydawało mu się, że nie powinien nikogo w nie mieszać, szczególnie, że dotyczyły jego życia mugolskiego, które zawsze starał się oddzielić grubą kreską od tego czarodziejskiego, nigdy nie mogąc zrozumieć, że może dałoby się jakoś połączyć.
A jednak, stał tu właśnie z Brenną, szykując się do tego, co może to wszystko przynieść. Trochę się niepokoił faktem, że jego rodzice poznają kogoś z “tamtej” strony, a jednak, nie wiedział, czy gdyby nie wsparcie sam nie stałby na tym wzgórzu jeszcze jakąś dobrą godzinę, zanim w końcu ruszyłby do domu. Chyba domu.
- Jak coś, to twoja ostatnia szansa, chyba, że masz zamiar teleportować się od stołu, ale nie zostawiaj mnie tam potem samemu, nawet jeśli miałbym ten obiad potem zwrócić. - Niby żartował, coś jednak było prawdziwego w tej prośbie. Nie wiedział, który raz tu był w ciągu ostatnich miesięcy, każda wizyta jednak wypompowywała z niego kolejne siły. Miał nadzieję, że niespodziewany gość trochę okiełzna jego rodzinę, przez co tym razem, będzie po prostu lepiej. Może niewiele, ale choć odrobinę. No, chyba, że Brenna naprawdę coś wykrakała.
- Jest taka szansa. Spodziewam się kompletnie wszystkiego w tym momencie. Ostatnio mieliśmy do czynienia z przypadkowo zatrutymi ciasteczkami. Pamiętaj, środki na gryzonie, trzymamy w oryginalnych opakowaniach. - Zerknął z ukosa na koleżankę z uniesionymi brwiami, pokazując, że tak, mogło być tak źle. Dziś miał nadzieję, że każdy będzie się jego mamy dwa razy pytał, co znajduje się w danej puszcze.
Co zabawne, Thomas znał dokładną wartość wszystkich gruntów, ojciec wpoił im tą wiadomość jeszcze za dziecięcych lat, każąc dbać o gospodarkę z całych sił, obecnie jednak dla jednego czarodzieja w rodzinie nie miało to kompletnie żadnej wartości. Mógł się ubiegać o jakąś spłatę jako jedno z ich dzieci, dawno jednak zapowiedział, że gdy nadejdzie odpowiedni moment, zrzeknie się wszystkiego. I niedawno to zrobił, oficjalnie, na papierze. Dało ulgę, ale jednocześnie poczuł się, jakby tracił kolejny łańcuch jego więzi z rodziną.
Cóż, przynajmniej dało się nadal go w tym wszystkim rozbawić. Zaśmiał się na wzmiankę o traktorach, spoglądając z łobuzerskim błyskiem.
- Nie mogę ci tego obiecać, to największa chluba mojego ojca, pewnie… - Zaciął się na chwilę. - Pewnie jeden z moich braci będzie ci chciał go pokazać - dokończył, tracąc jednak uśmiech i lekko wzdychając. Nie, nie przyzwyczai się.
Odetchnął, gdy Brenna wzięła na siebie tłumaczenie, kim jest i skąd się tu wzięła, czując, że jemu nie poszłoby tak gładko.Co innego kłamac obcej osobie, co innego własnej matce.
Której lekko się rozszerzyły oczy, gdy dotarło do niej znaczenie tych wszystkich słów.
- Ach, a więc też jesteś, cóż, od nich. - przy czym zaakcentowała ostatnie słowo, jakby było to, było czymś wstydliwym.
- Tak mamo, Brenna też jest czarownicą i też należy do czarodziejskiej policji. - Wywrócił oczami, czując już w głębi, że nie, jednak nie będzie to dobry dzień. - Gdzie moi bracia? Co tym razem zrobili?
- Jak to gdzie, na polu, kłócili się już dziś co najmniej cztery razy, w tym dostało się po drodze jeszcze Samanthcie, są nie do zniesienia. Ojciec nie ma siły im wbić rozumu do głowy, ja nie wiem, co się z nimi dzieje. - Widać było, że mama Thomasa była naprawdę zatroskana o całą sprawę. A to powodowało, że Thomas nie potrafił odmówić.
- Pójdę tam zaraz, najpierw przywitam się z resztą i przedstawię Brennę. - uśmiechnął się lekko do dziewczyny, odciągając ją lekko na bok, w stronę ganku przed domem.
- Przepraszam za nią. Z góry przepraszam za wszystkich. - Spojrzał w górę, jakby składając prośbę w stronę jakiejś niewidzialnej siły. - Opowiadałem ci w ogóle kiedyś o mojej rodzinie? Wiesz, mam szóstkę rodzeństwa, więc jak się pogubisz zaraz, to się nie zdziwię, ale: starsi są Albert, Mathias i Marnie, młodsi to Connor, Lizzy i Abigail. Samantha, o której mówiła moja mama to żona Alberta. Mają syna Johna. Marnie jest po rozwodzie i jej mąż to tabu, ale ma dwójkę dzieci, Susan i Lucasa. Mathias ożenił się z koleżanką ze studiów Margaret i mają razem córkę Katie. I to chyba wszyscy oprócz nas i moich rodziców, którzy dziś będą, więc, postaraj się nie wystraszyć tego tłumu. - Zerknął niepewnie na drzwi, do których zaraz jednak podszedł, po czym otworzył je, wchodząc do przyjaznego przedpokoju. Jedne z drzwi były otwarte i unosiły się z niego przeróżne głosy. Thomas zaprosił do niego ręką Brennę, która po chwili znalazła się w kuchni w której siedziały dwie kobiety i trójka dzieci, która z zapałem wycinała ciasteczka na stolnicy.
- Cześć - Thomas przywitał się, po chwili zaś dopadła go mała, rudowłosa dziewczynka.
- Wujek Thomas! - krzyknęła, niemal wdrapują mu się na ręce. - Kim jest pani? - zapytała po chwili Brennę, na której skupiły się wszystkie spojrzenia.
A jednak, stał tu właśnie z Brenną, szykując się do tego, co może to wszystko przynieść. Trochę się niepokoił faktem, że jego rodzice poznają kogoś z “tamtej” strony, a jednak, nie wiedział, czy gdyby nie wsparcie sam nie stałby na tym wzgórzu jeszcze jakąś dobrą godzinę, zanim w końcu ruszyłby do domu. Chyba domu.
- Jak coś, to twoja ostatnia szansa, chyba, że masz zamiar teleportować się od stołu, ale nie zostawiaj mnie tam potem samemu, nawet jeśli miałbym ten obiad potem zwrócić. - Niby żartował, coś jednak było prawdziwego w tej prośbie. Nie wiedział, który raz tu był w ciągu ostatnich miesięcy, każda wizyta jednak wypompowywała z niego kolejne siły. Miał nadzieję, że niespodziewany gość trochę okiełzna jego rodzinę, przez co tym razem, będzie po prostu lepiej. Może niewiele, ale choć odrobinę. No, chyba, że Brenna naprawdę coś wykrakała.
- Jest taka szansa. Spodziewam się kompletnie wszystkiego w tym momencie. Ostatnio mieliśmy do czynienia z przypadkowo zatrutymi ciasteczkami. Pamiętaj, środki na gryzonie, trzymamy w oryginalnych opakowaniach. - Zerknął z ukosa na koleżankę z uniesionymi brwiami, pokazując, że tak, mogło być tak źle. Dziś miał nadzieję, że każdy będzie się jego mamy dwa razy pytał, co znajduje się w danej puszcze.
Co zabawne, Thomas znał dokładną wartość wszystkich gruntów, ojciec wpoił im tą wiadomość jeszcze za dziecięcych lat, każąc dbać o gospodarkę z całych sił, obecnie jednak dla jednego czarodzieja w rodzinie nie miało to kompletnie żadnej wartości. Mógł się ubiegać o jakąś spłatę jako jedno z ich dzieci, dawno jednak zapowiedział, że gdy nadejdzie odpowiedni moment, zrzeknie się wszystkiego. I niedawno to zrobił, oficjalnie, na papierze. Dało ulgę, ale jednocześnie poczuł się, jakby tracił kolejny łańcuch jego więzi z rodziną.
Cóż, przynajmniej dało się nadal go w tym wszystkim rozbawić. Zaśmiał się na wzmiankę o traktorach, spoglądając z łobuzerskim błyskiem.
- Nie mogę ci tego obiecać, to największa chluba mojego ojca, pewnie… - Zaciął się na chwilę. - Pewnie jeden z moich braci będzie ci chciał go pokazać - dokończył, tracąc jednak uśmiech i lekko wzdychając. Nie, nie przyzwyczai się.
Odetchnął, gdy Brenna wzięła na siebie tłumaczenie, kim jest i skąd się tu wzięła, czując, że jemu nie poszłoby tak gładko.Co innego kłamac obcej osobie, co innego własnej matce.
Której lekko się rozszerzyły oczy, gdy dotarło do niej znaczenie tych wszystkich słów.
- Ach, a więc też jesteś, cóż, od nich. - przy czym zaakcentowała ostatnie słowo, jakby było to, było czymś wstydliwym.
- Tak mamo, Brenna też jest czarownicą i też należy do czarodziejskiej policji. - Wywrócił oczami, czując już w głębi, że nie, jednak nie będzie to dobry dzień. - Gdzie moi bracia? Co tym razem zrobili?
- Jak to gdzie, na polu, kłócili się już dziś co najmniej cztery razy, w tym dostało się po drodze jeszcze Samanthcie, są nie do zniesienia. Ojciec nie ma siły im wbić rozumu do głowy, ja nie wiem, co się z nimi dzieje. - Widać było, że mama Thomasa była naprawdę zatroskana o całą sprawę. A to powodowało, że Thomas nie potrafił odmówić.
- Pójdę tam zaraz, najpierw przywitam się z resztą i przedstawię Brennę. - uśmiechnął się lekko do dziewczyny, odciągając ją lekko na bok, w stronę ganku przed domem.
- Przepraszam za nią. Z góry przepraszam za wszystkich. - Spojrzał w górę, jakby składając prośbę w stronę jakiejś niewidzialnej siły. - Opowiadałem ci w ogóle kiedyś o mojej rodzinie? Wiesz, mam szóstkę rodzeństwa, więc jak się pogubisz zaraz, to się nie zdziwię, ale: starsi są Albert, Mathias i Marnie, młodsi to Connor, Lizzy i Abigail. Samantha, o której mówiła moja mama to żona Alberta. Mają syna Johna. Marnie jest po rozwodzie i jej mąż to tabu, ale ma dwójkę dzieci, Susan i Lucasa. Mathias ożenił się z koleżanką ze studiów Margaret i mają razem córkę Katie. I to chyba wszyscy oprócz nas i moich rodziców, którzy dziś będą, więc, postaraj się nie wystraszyć tego tłumu. - Zerknął niepewnie na drzwi, do których zaraz jednak podszedł, po czym otworzył je, wchodząc do przyjaznego przedpokoju. Jedne z drzwi były otwarte i unosiły się z niego przeróżne głosy. Thomas zaprosił do niego ręką Brennę, która po chwili znalazła się w kuchni w której siedziały dwie kobiety i trójka dzieci, która z zapałem wycinała ciasteczka na stolnicy.
- Cześć - Thomas przywitał się, po chwili zaś dopadła go mała, rudowłosa dziewczynka.
- Wujek Thomas! - krzyknęła, niemal wdrapują mu się na ręce. - Kim jest pani? - zapytała po chwili Brennę, na której skupiły się wszystkie spojrzenia.