18.03.2024, 14:26 ✶
Thomas podchodzi do stołu potykając się o własne sznurówki, wita się, siada obok Erika, po czym upycha przeklęte sznurki do butów, zdając niezręczne pytanie.
Wstanie z łóżka nie było najłatwiejszą czynnością tego poranka. Szczególnie wtedy, gdy niemalże cofnęło mu się na widok na wpół pełnej butelki whisky stojącej na jego szafce nocnej, w głowie zaś nadal kręciło mu się niemal jak po przeteleportowaniu się przez pół kraju. Nie takie dni jednak udawało się jakoś przeżyć, Thomas więc ledwo, bo ledwo, ale doczłapał się do łazienki, by choć trochę doprowadzić się do ogólnego statusu człowieka. A potem zwlókł się na dół do ogrodu, przed wyjściem na zewnątrz nasuwając na nos swoje okulary przeciwsłoneczne. Przeklęte słońce, przeklęty kac.
Wyglądał raczej zwyczajnie, w szarych, wygodnych spodniach i błękitnej koszulce, oraz trampkach - nie zasznurowanych nawet, na nogach. Cud, że jedynie raz się potknął, niemal lądując twarzą w nienaturalnie jak na jego oko wysokiej trawie, gdy próbował dotrzeć do stołu, przy którym siedziała już część domowników i gości - udało mu się jednak wyratować.
I musiał przyznać - Morpheus miał zdecydowanie rację, co do wisielczego nastroju.
- Powiedziałbym dzień dobry, ale nie jestem tego taki pewien. Ktoś umarł, czy to tylko efekt masowego zatrucia alkoholowego? - zaczął, siadając gdzieś obok Erika. Poklepał się po kieszeni, zdając sobie sprawę, że też nie ma papierosów, z drugiej strony w momencie, kiedy poczuł dym uznał, że może jednak jeszcze chwilę poczeka. Zanim będzie musiał wstać od stołu, by rzeczywiście rzygnąć gdzieś w krzaki.
Sięgnął więc po kawę i kubek, nalewając sobie czarnej jak dzisiejszy nastrój jego niektórych towarzyszy śniadania cieczy, po czym wziął głęboki łyk, od razu czując, że zrobiło mu się lepiej. Tego potrzebował, zdecydowanie.
- Jak w ogóle się wczoraj bawiliście? - zapytał, choć nagle poczuł, że może to nie jest właściwe pytanie, dlatego odwrócił wzrok, skupiając się na swoich sznurówkach, które postanowił chociaż upchnąć do środka butów, niwelując możliwości, że sobie weźmie i ten głupi ryj rozwali.
Wstanie z łóżka nie było najłatwiejszą czynnością tego poranka. Szczególnie wtedy, gdy niemalże cofnęło mu się na widok na wpół pełnej butelki whisky stojącej na jego szafce nocnej, w głowie zaś nadal kręciło mu się niemal jak po przeteleportowaniu się przez pół kraju. Nie takie dni jednak udawało się jakoś przeżyć, Thomas więc ledwo, bo ledwo, ale doczłapał się do łazienki, by choć trochę doprowadzić się do ogólnego statusu człowieka. A potem zwlókł się na dół do ogrodu, przed wyjściem na zewnątrz nasuwając na nos swoje okulary przeciwsłoneczne. Przeklęte słońce, przeklęty kac.
Wyglądał raczej zwyczajnie, w szarych, wygodnych spodniach i błękitnej koszulce, oraz trampkach - nie zasznurowanych nawet, na nogach. Cud, że jedynie raz się potknął, niemal lądując twarzą w nienaturalnie jak na jego oko wysokiej trawie, gdy próbował dotrzeć do stołu, przy którym siedziała już część domowników i gości - udało mu się jednak wyratować.
I musiał przyznać - Morpheus miał zdecydowanie rację, co do wisielczego nastroju.
- Powiedziałbym dzień dobry, ale nie jestem tego taki pewien. Ktoś umarł, czy to tylko efekt masowego zatrucia alkoholowego? - zaczął, siadając gdzieś obok Erika. Poklepał się po kieszeni, zdając sobie sprawę, że też nie ma papierosów, z drugiej strony w momencie, kiedy poczuł dym uznał, że może jednak jeszcze chwilę poczeka. Zanim będzie musiał wstać od stołu, by rzeczywiście rzygnąć gdzieś w krzaki.
Sięgnął więc po kawę i kubek, nalewając sobie czarnej jak dzisiejszy nastrój jego niektórych towarzyszy śniadania cieczy, po czym wziął głęboki łyk, od razu czując, że zrobiło mu się lepiej. Tego potrzebował, zdecydowanie.
- Jak w ogóle się wczoraj bawiliście? - zapytał, choć nagle poczuł, że może to nie jest właściwe pytanie, dlatego odwrócił wzrok, skupiając się na swoich sznurówkach, które postanowił chociaż upchnąć do środka butów, niwelując możliwości, że sobie weźmie i ten głupi ryj rozwali.