Czuł, że dobiera swoje słowa nieudolnie, a tworzą one nieudolne zdania. Gdy zdania będą nieudolne, to równie nieudolne będzie wrażenie, jakie pozostawią po sobie. Tak nie miało być. Nie chciał, żeby tak było. Co zawierał w sobie ten idealny dzień? Radość obu stron. Przestrzeń, w którym nie przejmowała się niczym ani jedna, ani druga strona. Gdzie można biegać bez gaci przy jeziorze - chociażby - i nie wstydzić się, że sąsiad cię przyłapie i co on sobie pomyśli. Nie chciał być tą osobą, która sztywnieje na hasła "a co powie ciotka Esmeralda!", ale jednocześnie sztywniał na myśl, że przez jego paskudny charakter i zachowanie mogłyby pójść dziwne plotki w świat poza jego kontrolą. Jeśli miały iść - wolał, żeby szły świadomie. Ze swoim podszeptem na uszko jedno czy drugie. Więc Flynn nie miał się martwić książką, ani interpretacją nieszczęśliwej miłości, a on tym, że pewnie ktoś będzie chciał ich w tym domku zamordować. I nie miał też martwić się tym, że coś nie tak powie. Z tym ostatnim jednak, cholera, no powinien! Zdecydowanie powinien.
Ta cała tona wyrozumiałości, jaką posiadał Flynn, mimo jego często złośliwych komentarzy i żartów, mimo ciętego języka, była bezcenna w wielu chwilach. A to, że miał w sobie ciętość, było dla Caina atrakcyjne, nie odrzucające. To, że był głośny, że był taki ekspresywny. Miał w sobie takie poczucie, że nadrabiał za nich dwóch pod tym kątem i bardzo go to cieszyło. Martwiło tylko wtedy, kiedy zastanawiał się, czy przez swoją minimalizację wylewania uczuć na świat ten nie odbierze tego kiedyś źle. Bezcenna zaś była, kiedy naprawdę czasu potrzebował, bo jego mózg decydował, że on lubi wolno w takich chwilach. I oczywiście - mógł zignorować otoczenie, nie poświęcić mu uwagi, mógł odciąć się od części wrażeń, ale tutaj wcale nie chciał, a wręcz przeciwnie. Przygotowywał się do tego, że zostaną tutaj przynajmniej dwa dni. Spędzą tutaj dwie noce. To miejsce było związane z historią Fleamonta - jakoś. W jakiś dziwny sposób, w dziwnej formie, jeszcze tylko nie wiedział, jakiej dokładnie. Z drugiej stronie czy coś w życiu tego człowieka było normalne? Gdzie zaczynały się jego normy, a gdzie kończyły turbulencje?
- Postanowiłem się przeprowadzić właśnie dlatego, że się włamałeś. - Zaplótł ręce na klatce piersiowej z cwaniackim uśmieszkiem. - Moje mieszkanie to jedna wielka pułapka, tam trzeba walczyć o przetrwanie, żeby się o coś nie potknąć i nie zabić. - Przymknął oczy w tym uśmiechu i wzruszył ramionami, jakby ZUPEŁNIE niczego nie mógł z tym zrobić, nie mógł na to zaradzić. No... bo przecież nie mógł, prawda? Był zupełnie bezradny wobec tego burdello! Oprócz tego, że mógł zacząć, no nie wiem, sprzątać na przykład... ale to była całkiem szalona myśl, lepiej nie myśleć takimi hardcorowymi kategoriami. - Dorobię ci klucze, bo jak któregoś dnia zepsujesz mi zamek to będzie bardzo upierdliwe. - Fakt, to był podwójny standard. Nie bał się zupełnie tego, co się stanie z jego mieszkaniem, z nim... ale to nie było jego mieszkanie. JEGO teren. To nie było miejsce, które znał, gdzie wiedziałby, gdzie biec, co robić, jak się zachować, na kogo można liczyć w tych okolicach. Poza tym tutaj miał kogoś, o kogo dbał. O siebie samego - meh. Ale O NIEGO?!
- Starość rozwiała dawne znajomości? - "Zestarzeli", jak to brzmiało... czyli przyjeżdżał tutaj naprawdę w dziecięcych czasach? - Chcesz mi o tym opowiedzieć? O tych dawnych czasach, nie starzeniu. Chociaż o starzeniu też możesz. - Jak chyba... o wszystkim. "Starzenie się" brzmiało jakoś bardzo krytycznie, bardzo nie odpowiadało temu, co myślał, kiedy patrzył na Fleamonta, chociaż... w zasadzie to naprawdę ciekawe, ile miał lat. Życie, jakie prowadził, na pewno odcisnęło na nim piętno. Postawił torbę obok tej Flynna i obejrzał się za nim, żeby złapać go za dłoń. Za obie dłonie. Oooch... on był taki słodki. Taki słodki. Taki kochany, tkai uroczyyy... Cain miał znowu to uczucie, że miał ochotę go wymiętosić. Udusić ze szczęścia. Zacisnął trochę mocniej palce na jego palcach, a potem uniósł jedną dłoń, żeby przesunąć palcami po jego linii włosów, po czole, po policzkach. Widział go tyle razy, a ciągle miał to poczucie, że mógł się uczyć go od nowa na pamięć i mu się to nie nudziło. W swoim charakterze stanowił taką zmienną, że nie potrafił przewidzieć jego ruchów, wyskoków. Tego, ile myśli ten człowiek mu poświęcał i jak kochane to było. Nic tylko powiedzieć coś, posłodzić, podziękować... powiedzieć cokolwiek! Może rozgoniłoby to te straszne myśli o śmierci, jakie miał w głowie. Tę interpretację, jaką nadpisał jego mózg. O miłości, o śmierci, że nie było jednego bez drugiego. Że całe to oczekiwanie, zaufanie, jakim kogoś obdarzałeś, musiała pójść na straty. Tyle rzeczy pod czarnym kołtunem włosów, do których się nie przyznawał... tyle myśli, które Cain chciał znać, tak sprytnie zaszyte pod słodyczą, jaką Flynn potrafił karmić - tak z ostrza noża, jak ze srebrnej łyżeczki.
- Flynn. - Przesunął dłoń po jego twarzy na jego szyję, na jego plecy, wsunął palce pod kołnierz. Zamknął palce na karku. - Czuję każdym kawałkiem ciała, jak bardzo ci zależy. - Mógł mówić, że w zasadzie niczego nie musi udowadniać - no, nie musiał. Ale to wydawało mu się teraz w zasadzie mało istotne. Bo co z tego, że mógł nie udowadniać, skoro to było takie miłe? Mógł nie, ale kiedy przez obie strony było to tak dobrze odbierane, to... czemu stawiać na to NIE? Dlatego nie było zaprzeczenia. Było pełne docenienie. Gestu, słów. Wszystkiego. - Ta miłość do ciebie rozpiera mi serce.