To był dzień, w którym dotarło do niej, że to właśnie ona musi się zająć Karen Moher. To był jej obowiązek, to było jej przeznaczenie. Musiała zająć się świętym spokojem ojca, chociaż jeszcze nie wiedziała, jak ugryźć ten temat, ale nie pozwoli mu dłużej się z tym męczyć, zajmie się sprawą, aby mógł spokojnie odpoczywać na zasłużonej emeryturze.
- Chętnie wezmę, bo ostatnio jadam tylko konserwy. - Cóż, dobrze było jak rasowy słoik przywieźć do Londynu trochę zapasów, szczególnie, że tam nie było szansy dostać takich wspaniałych produktów. - Naprawdę dalej wypomina te kilka pudełek? Myślałam, że zapomniała. - Jennifer jednak miała w zwyczaju pamiętać o wszystkim, dosłownie każdym jej błędzie, który zwrócił jej uwagę przeszło przez trzydzieści lat życia. Co to była za kobieta, jeszcze jakby nie było jej stać na zakup pudełek, najwyżej wyśle matce ich zapas, żeby przestała jej to wyrzygiwać.
- W sumie widać, że nadal jesteś w formie. - Skomentowała jeszcze sylwetkę ojca, kiedy prężył tors.
- Przyleciałam na miotle, wolałabym nie nadziać się na jakiś podniebny patrol, jeśli wypiję zbyt dużo. - Na jednego łyka, czy tam dwa mogła sobie pozwolić, z większą ilością jednak byłby problem.
- Tak właściwie, chciałam ci powiedzieć, że nawiązałam współpracę z jednym kaletnikiem. - Chciała się ojcu pochwalić tym, że myśli o ich rodzinnym biznesie. - No i Astaroth u mnie mieszka, nie wiem, czy ci o tym wspominał. - Miała brata na oku od kiedy zmienił się w wampira, liczyła na to, że ojciec to doceni.