18.03.2024, 18:35 ✶
Nie proponował przyjaciółce towarzyszenia mu podczas wyprawy do Little Hangleton – nie zakładał przecież, że krótka wycieczka po kilka przydatnych ziół, jakie można było znaleźć w okolicy, warta była przekształcania jej we wspólny wypad. Z drugiej jednak strony – nie protestował też jakoś szczególnie, kiedy już Penny sama uznała, że koniecznie musi zabrać się razem z nim. Ot, niemal na odczepnego rzucił ledwie kilka niezbyt przekonujących uwag, przypomniał o opowieściach krążących na temat tego miejsca i może raz wspomniał o tych wszystkich klientach, którzy z pewnością akurat tego konkretnego dnia chcieliby odwiedzić ich sklep. Wszystko to jednak bez większego przekonania, bez wkładania w to choćby minimum wysiłku. Oraz bez realnego zamiaru zniechęcenia dziewczyny do wspólnej wycieczki.
Może po prostu uznał, że faktycznie jeden dzień przerwy mógł jej się przysłużyć. Albo doszedł do wniosku, że w ten sposób niezbyt ciekawa wycieczka miała okazję zmienić się w coś przynajmniej odrobinę bardziej interesującego. Istniała też możliwość, że oba te powody znajdowały swoje odbicie w rzeczywistości. Wnikanie w to, który z nich był tym istotniejszym, nie miało raczej większego sensu. Zwłaszcza, że istotny był tutaj efekt końcowy – to, że ostatecznie Weasley zjawiła się pod jego drzwiami, żeby rzeczywiście razem z nim wyruszyć na jakże porywające i ekscytujące zrywanie chwastów w podlondyńskiej wiosce.
Zjawiła się – co warte było zaznaczenia – przynajmniej chwilę lub dwie za wcześnie. To znaczy… niewykluczone, że w swoim mniemaniu przyszła punktualnie, oczywiście. Warto jednak było pamiętać, że punktualność w opinii Terry’ego była pojęciem dość abstrakcyjnym, które traktować można było całkiem swobodnie i interpretować na wiele różnych sposobów. Jasnym było więc, że nie był ani trochę gotowy, kiedy z ust Penny padło to konkretne pytanie. Na szczęście nie potrzebował jednak wcale aż tak dużo czasu, by ten stan rzeczy zmienić – wystarczyło chwycić po prostu kilka porozrzucanych po mieszkaniu przedmiotów. Przy czym pewnie przydatność przynajmniej części z nich można było uznać za dość wątpliwą. Nie było sensu wnikać.
– Sukienka będzie w porządku, potwór Frankensteina na pewno doceni gust i wybór – właściwie nawet nie zawiesił na niej oka na dłużej, rozglądając się po mieszkaniu w poszukiwaniu przedmiotu, którego przydatność nie powinna podlegać jakimkolwiek dyskusjom. Bo chyba co do tego, że ruszanie się dokądkolwiek bez różdżki byłoby raczej kiepskim pomysłem, mógłby zgodzić się absolutnie każdy.
– Nie ma o czym opowiadać, miejsce jak każde inne – dodał po krótkiej chwili, odnajdując wreszcie nieszczęsną różdżkę w kieszeni i nawiązując do wcześniejszego pytania przyjaciółki. – Po prostu pamiętaj o tym, żeby nie pakować się w żadne szemrane miejsca. I… podobno lepiej nie zagadywać do obcych, zwłaszcza tych podejrzanie uprzejmych. Ani rozmawiać z niczym, czego nie widać, a tylko słychać.
Oczywiście, że w jego wypowiedzi można było bez większego trudu wychwycić rozbawienie – i to powinno od razu sugerować, że wszystko to nie miało zbyt wiele wspólnego z prawdą. Podobnie jak większość opowieści o Little Hangleton, z jakimi można było się spotkać. Przynajmniej zdaniem Terry’ego, który – jak sądził – mógł mieć na ten temat coś do powiedzenia. Bo przecież spędził w tym miejscu całe swoje dzieciństwo i nie przypominał sobie, by było ono przepełnione jakimiś mrożącymi krew w żyłach wydarzeniami. Choć z drugiej strony… przynajmniej część jego rodziny za zupełnie normalne uważała okazjonalne pogawędki ze zmarłymi. Możliwe więc, że jego punkt widzenia był odrobinę zaburzony.
– Nawet nie zaczynaj, teleportacja nie zajmuje przynajmniej połowy dnia – wywrócił oczami, kiedy już znaleźli się na miejscu i kiedy Penny musiała – oczywiście… – wypatrzyć tę cholerną stację.
– I nie, nie ma mowy, nie będziemy wracać pociągiem. Swoją drogą… nie wydaje mi się, żeby jakiekolwiek nadal tutaj przyje… – w połowie ostatniego słowa zorientował się, że jego kończenie nie miało już większego sensu. Na znajdującą się w oddali stację wtoczył się bowiem rzekomo niejeżdżący tędy pociąg, co trudno byłoby przeoczyć nawet z tej odległości. – Nieważne. Idziemy tam. Patrz pod nogi i pamiętaj, że prawdopodobnie wolałabyś, żebym nie próbował składać cię do kupy, jeśli już je połamiesz.
Wskazał w kierunku ścieżki wijącej się w kierunku przeciwnym do odległych zabudowań. I nią też postanowił ruszyć jeszcze w trakcie wypowiadania poszczególnych słów. Póki co kierunek wycieczki nie zapowiadał raczej, by mieli w najbliższym czasie zwiedzać tę nieco bardziej cywilizowaną, zamieszkałą część wioski. Ale priorytety były przecież jasne – najpierw chwasty, później ewentualne zwiedzanie co ciekawszych punktów okolicy.
Może po prostu uznał, że faktycznie jeden dzień przerwy mógł jej się przysłużyć. Albo doszedł do wniosku, że w ten sposób niezbyt ciekawa wycieczka miała okazję zmienić się w coś przynajmniej odrobinę bardziej interesującego. Istniała też możliwość, że oba te powody znajdowały swoje odbicie w rzeczywistości. Wnikanie w to, który z nich był tym istotniejszym, nie miało raczej większego sensu. Zwłaszcza, że istotny był tutaj efekt końcowy – to, że ostatecznie Weasley zjawiła się pod jego drzwiami, żeby rzeczywiście razem z nim wyruszyć na jakże porywające i ekscytujące zrywanie chwastów w podlondyńskiej wiosce.
Zjawiła się – co warte było zaznaczenia – przynajmniej chwilę lub dwie za wcześnie. To znaczy… niewykluczone, że w swoim mniemaniu przyszła punktualnie, oczywiście. Warto jednak było pamiętać, że punktualność w opinii Terry’ego była pojęciem dość abstrakcyjnym, które traktować można było całkiem swobodnie i interpretować na wiele różnych sposobów. Jasnym było więc, że nie był ani trochę gotowy, kiedy z ust Penny padło to konkretne pytanie. Na szczęście nie potrzebował jednak wcale aż tak dużo czasu, by ten stan rzeczy zmienić – wystarczyło chwycić po prostu kilka porozrzucanych po mieszkaniu przedmiotów. Przy czym pewnie przydatność przynajmniej części z nich można było uznać za dość wątpliwą. Nie było sensu wnikać.
– Sukienka będzie w porządku, potwór Frankensteina na pewno doceni gust i wybór – właściwie nawet nie zawiesił na niej oka na dłużej, rozglądając się po mieszkaniu w poszukiwaniu przedmiotu, którego przydatność nie powinna podlegać jakimkolwiek dyskusjom. Bo chyba co do tego, że ruszanie się dokądkolwiek bez różdżki byłoby raczej kiepskim pomysłem, mógłby zgodzić się absolutnie każdy.
– Nie ma o czym opowiadać, miejsce jak każde inne – dodał po krótkiej chwili, odnajdując wreszcie nieszczęsną różdżkę w kieszeni i nawiązując do wcześniejszego pytania przyjaciółki. – Po prostu pamiętaj o tym, żeby nie pakować się w żadne szemrane miejsca. I… podobno lepiej nie zagadywać do obcych, zwłaszcza tych podejrzanie uprzejmych. Ani rozmawiać z niczym, czego nie widać, a tylko słychać.
Oczywiście, że w jego wypowiedzi można było bez większego trudu wychwycić rozbawienie – i to powinno od razu sugerować, że wszystko to nie miało zbyt wiele wspólnego z prawdą. Podobnie jak większość opowieści o Little Hangleton, z jakimi można było się spotkać. Przynajmniej zdaniem Terry’ego, który – jak sądził – mógł mieć na ten temat coś do powiedzenia. Bo przecież spędził w tym miejscu całe swoje dzieciństwo i nie przypominał sobie, by było ono przepełnione jakimiś mrożącymi krew w żyłach wydarzeniami. Choć z drugiej strony… przynajmniej część jego rodziny za zupełnie normalne uważała okazjonalne pogawędki ze zmarłymi. Możliwe więc, że jego punkt widzenia był odrobinę zaburzony.
– Nawet nie zaczynaj, teleportacja nie zajmuje przynajmniej połowy dnia – wywrócił oczami, kiedy już znaleźli się na miejscu i kiedy Penny musiała – oczywiście… – wypatrzyć tę cholerną stację.
– I nie, nie ma mowy, nie będziemy wracać pociągiem. Swoją drogą… nie wydaje mi się, żeby jakiekolwiek nadal tutaj przyje… – w połowie ostatniego słowa zorientował się, że jego kończenie nie miało już większego sensu. Na znajdującą się w oddali stację wtoczył się bowiem rzekomo niejeżdżący tędy pociąg, co trudno byłoby przeoczyć nawet z tej odległości. – Nieważne. Idziemy tam. Patrz pod nogi i pamiętaj, że prawdopodobnie wolałabyś, żebym nie próbował składać cię do kupy, jeśli już je połamiesz.
Wskazał w kierunku ścieżki wijącej się w kierunku przeciwnym do odległych zabudowań. I nią też postanowił ruszyć jeszcze w trakcie wypowiadania poszczególnych słów. Póki co kierunek wycieczki nie zapowiadał raczej, by mieli w najbliższym czasie zwiedzać tę nieco bardziej cywilizowaną, zamieszkałą część wioski. Ale priorytety były przecież jasne – najpierw chwasty, później ewentualne zwiedzanie co ciekawszych punktów okolicy.