18.03.2024, 23:19 ✶
Każdy kolejny miesiąc wybierania między tym, czy bliżej mu było do Brygadzisty, czy członka Zakonu Feniksa sprawiał, że miał coraz większy mętlik w głowie. Zachowanie neutralności i jednoczesnej lojalności wobec obu organizacji wydawało się coraz trudniejsze. I na dobrą sprawę było to cholernie kuriozalne, biorąc pod uwagę, że przełożona jego szefa sama współpracowała z Albusem Dumbledorem. Skoro łączyło ich coś więcej niż praca, to chyba mogłaby podać rękę potrzebującym zakonnikom, zamiast pozwalać, żeby jakiś fascynat blotoryjów wtrącał się w kwestie Brygady Uderzeniowej. Ale nie... Po co.
— Mało prawdopodobne — sarknął, uznając słowa Geraldine za zaproszenie do dalszej krytyki. — Mówimy o Ministerstwie Magii, a więc ludziach, którzy uznali, że w dzień Beltane lepiej rozpędzić oddziały Brygadzistów i Aurorów na cztery wiatry, bo przecież to nie Polana Ognisk musi być głównym celem. Bo przecież w dzień jednego z największych świąt czarodziejów, lepiej uderzyć w Pokątną albo jakieś... — Machnął ręką w stronę mieściny pośród wzgórz. — Little Hangleton, które każdy ma gdzieś, chyba że tu mieszka.
Za dużo wiedział. Tak jak wuj Morfeusz był przeklęty swym trzecim okiem, tak Erik został skazany na funkcjonowanie w Ministerstwie Magii, wiedząc więcej na temat możliwych zagrożeń niż pierwszy z brzegu Brygadzista. I to sporo utrudniało. Gdyby nie trzymał gęby na kłódkę, może otrzymaliby podczas Beltane większe wsparcie. Ale co by potem się stało z Zakonem Feniksa? Co by było z atakiem? Tego się nigdy nie dowie. Nie był mistykiem, nie badał innych rzeczywistości, nie grzebał w Limbo czy sprawach wróżbitów. Był tylko detektywem, który chciał, żeby ludzie jak najmniej wycierpieli w tym konflikcie.
— Cóż... Przykro mi? — Zmarszczył brwi, starając się uspokoić głos. Podminowanie zawieszeniem sprawiło, że nieco się zapędził. Nie wiedział jednak, na ile Yaxley w ogóle chce opowiadać o tym, co ją spotkało. W liście wydawała się równie enigmatyczna, jak przy spotkaniu na żywo. — Ciebie trudno doprowadzić do desperacji.
Geraldine zawsze jawiła mu się jako opanowana dziewucha, która zawsze miała plan B i C. Może nie były one opracowane na sto procent, ale zawsze miała jakąś alternatywę, plan awaryjny, z którego mogłaby skorzystać. I nie dotyczyło to tylko polowań czy pojedynków, ale także relacji międzyludzkich. Skoro ktoś zdołał zagonić ją w kozi róg, to musiał ją wziąć kompletnie z zaskoczenia.
— Albo te, które pierwsze nie potknie się o wystający kamień — dokończył, bo i takie wypadki się zdarzały, chociaż na zewnątrz było ich zdecydowanie więcej niż w sterylnych salkach.
Przez posiadanie karty członkowskiej Srebrnych Różdżek teoretycznie mogliby wykorzystywać w ramach ćwiczeń tamtejsze sale treningowe, jednak było coś satysfakcjonującego w pojedynkowaniu się na świeżym powietrzu. Większe wyzwanie, bo musieli brać pod uwagę dodatkowe czynniki takie jak wiatr, teren czy nawet położenie słońca. Niektórzy nazwaliby to pewnie utrudnianiem sobie życia i niepotrzebnym efekciarstwem.
Na dobrą sprawę kultywowali mocno zapomnianą tradycję, bo i kto w tych czasach organizował, chociażby towarzyskie pojedynki szermiercze, nie mówiąc o uczeniu tego młodych? Na palcach obu rąk mógłby wymienić znajome mu osoby, które potrafiły odpowiednio trzymać ostrze. I większość z nich wywodziła się z rodu Longbottomów lub była jakoś powiązana z Yaxleyami. Czasem nawet było mu przykro, że pojedynki czarodziejów praktycznie wypchnęły szermierkę ze współczesnych form rozrywki.
— Tak łatwo się dajesz? Serio? — podpuścił ją, cofając ostrze. Uderzył za mocno, a może to ona była za bardzo roztargniona? Coś ewidentnie leżało jej na wątrobie jednak, zamiast usunąć pasożyta z organizmu, próbowała go stłamsić, jakby mogła go pogrzebać pośród fizycznego bólu. — Teraz ty.
Odsunął się, przesuwając szpadę do pozycji obronnej.
— Mało prawdopodobne — sarknął, uznając słowa Geraldine za zaproszenie do dalszej krytyki. — Mówimy o Ministerstwie Magii, a więc ludziach, którzy uznali, że w dzień Beltane lepiej rozpędzić oddziały Brygadzistów i Aurorów na cztery wiatry, bo przecież to nie Polana Ognisk musi być głównym celem. Bo przecież w dzień jednego z największych świąt czarodziejów, lepiej uderzyć w Pokątną albo jakieś... — Machnął ręką w stronę mieściny pośród wzgórz. — Little Hangleton, które każdy ma gdzieś, chyba że tu mieszka.
Za dużo wiedział. Tak jak wuj Morfeusz był przeklęty swym trzecim okiem, tak Erik został skazany na funkcjonowanie w Ministerstwie Magii, wiedząc więcej na temat możliwych zagrożeń niż pierwszy z brzegu Brygadzista. I to sporo utrudniało. Gdyby nie trzymał gęby na kłódkę, może otrzymaliby podczas Beltane większe wsparcie. Ale co by potem się stało z Zakonem Feniksa? Co by było z atakiem? Tego się nigdy nie dowie. Nie był mistykiem, nie badał innych rzeczywistości, nie grzebał w Limbo czy sprawach wróżbitów. Był tylko detektywem, który chciał, żeby ludzie jak najmniej wycierpieli w tym konflikcie.
— Cóż... Przykro mi? — Zmarszczył brwi, starając się uspokoić głos. Podminowanie zawieszeniem sprawiło, że nieco się zapędził. Nie wiedział jednak, na ile Yaxley w ogóle chce opowiadać o tym, co ją spotkało. W liście wydawała się równie enigmatyczna, jak przy spotkaniu na żywo. — Ciebie trudno doprowadzić do desperacji.
Geraldine zawsze jawiła mu się jako opanowana dziewucha, która zawsze miała plan B i C. Może nie były one opracowane na sto procent, ale zawsze miała jakąś alternatywę, plan awaryjny, z którego mogłaby skorzystać. I nie dotyczyło to tylko polowań czy pojedynków, ale także relacji międzyludzkich. Skoro ktoś zdołał zagonić ją w kozi róg, to musiał ją wziąć kompletnie z zaskoczenia.
— Albo te, które pierwsze nie potknie się o wystający kamień — dokończył, bo i takie wypadki się zdarzały, chociaż na zewnątrz było ich zdecydowanie więcej niż w sterylnych salkach.
Przez posiadanie karty członkowskiej Srebrnych Różdżek teoretycznie mogliby wykorzystywać w ramach ćwiczeń tamtejsze sale treningowe, jednak było coś satysfakcjonującego w pojedynkowaniu się na świeżym powietrzu. Większe wyzwanie, bo musieli brać pod uwagę dodatkowe czynniki takie jak wiatr, teren czy nawet położenie słońca. Niektórzy nazwaliby to pewnie utrudnianiem sobie życia i niepotrzebnym efekciarstwem.
Na dobrą sprawę kultywowali mocno zapomnianą tradycję, bo i kto w tych czasach organizował, chociażby towarzyskie pojedynki szermiercze, nie mówiąc o uczeniu tego młodych? Na palcach obu rąk mógłby wymienić znajome mu osoby, które potrafiły odpowiednio trzymać ostrze. I większość z nich wywodziła się z rodu Longbottomów lub była jakoś powiązana z Yaxleyami. Czasem nawet było mu przykro, że pojedynki czarodziejów praktycznie wypchnęły szermierkę ze współczesnych form rozrywki.
— Tak łatwo się dajesz? Serio? — podpuścił ją, cofając ostrze. Uderzył za mocno, a może to ona była za bardzo roztargniona? Coś ewidentnie leżało jej na wątrobie jednak, zamiast usunąć pasożyta z organizmu, próbowała go stłamsić, jakby mogła go pogrzebać pośród fizycznego bólu. — Teraz ty.
Odsunął się, przesuwając szpadę do pozycji obronnej.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞