19.03.2024, 00:10 ✶
Patrick pokręcił przecząco głową.
- Kiedy tak to przedstawiasz, towarzyskie spotkania stają się jakimś rodzajem samoumartwienia. A przecież nimi nie są. Właśnie chodzi o atmosferę, o spędzenie czasu razem, o cieszenie się nawzajem swoją obecnością – sprostował. Tak, na weselach albo na potańcówkach mogło być to trudniejsze i nie każdy właściwie nadawał się do takich spędów, ale nie było to niemożliwe. Wszystko zależało od dobrych chęci zapraszającego i zaproszonego. Ot, choćby nawet on sam, szukający Sebastiana wśród pozostałych gości i przynajmniej próbujący sprawić, by w niekomfortowej dla siebie sytuacji egzorcysta poczuł się znośniej. Steward wolał myśleć, że życie nie było jedną długą pokutą. – Tak czysto teoretycznie, ale pomyśl o tym, w jakim świetle stawiasz ludzi, którzy cię zapraszają a ty przychodzisz tylko z poczucia obowiązku. Oni stają się nagle egocentrykami bez krzty empatii, ale ty nie wychodzisz wcale lepiej na ich tle. Stajesz się kimś, komu wcale nie zależy na tych, dla których przychodzi, ale na spełnieniu niechcianego obowiązku – urwał na moment.
Po prostu widział to inaczej. Ba, z jego perspektywy wywód Macmillana gdzieś tam ocierał się o prawdę, ale robił to bardzo wybiórczo. Był wygodnym wytłumaczeniem, pozwalającym mu tkwić bezpiecznie we własnej skorupie, ale takim, które, gdyby mu się szerzej przyjrzeć, obrażało wszystkich: i gości, i gospodarza. Patrickowi pozostawało mieć przynajmniej nadzieję, że dzisiejszego wieczoru Sebastian nie przyszedł tutaj z nim z poczucia obowiązku.
- Zmierzam do tego, że owszem, to na zapraszającym leży ciężar oceny, czy zdoła zapewnić komfort temu, kogo zaprasza, ale zaproszony powinien też sam wiedzieć, czy w ogóle udźwignie ciężar spotkania, gdy warunki nie będą dla niego w pełni komfortowe – zakończył wreszcie swój wywód. W końcu, czym innym było pojawienie się na pełnej nieznajomych twarzy potańcówce, a czym innym rozmowa w parku lub zmówienie wspólnie modlitwy.
I właściwie tego dotyczyło pytanie Patricka wobec Neila: czego oczekiwał po osobie, która go zaprosiła. Tak, z pewnością było trochę niegrzeczne i na dobrą sprawę, Efner ani nie musiał na nie odpowiadać, ani auror nawet nie oczekiwał jakiejś szczerej odpowiedzi. Odwrócił głowę w stronę młodszego mężczyzny i powiedział:
- Przepraszam. Sebastian ma rację. Zachowałem się nieuprzejmie.
A potem, po prostu wsłuchał się w kolejną część wywodu Macmillana, znowu myśląc o tym, że to nie było takie proste. Owszem, jakość nie musiała iść w parze z ilością, ale w przypadku przyjaźni, obu tych wartości w ogóle nie należało ze sobą zestawiać.
- Jako członek kowenu chyba zdajesz sobie sprawę, że sporo ludzi nie potrafi skupić się podczas zmówienia jednej modlitwy. Za to ty mógłbyś zmówić ich i dwadzieścia w skupieniu. – I tak samo było z przyjaźnią. Bywali tacy, którzy mieli dwudziestu przyjaciół. I tacy, którzy nie mieli nawet jednego.
Nie wtrącał się już, gdy zaczął się temat pracy Sebastiana. Po prostu słuchał, całkiem zainteresowany tym, co Macmillan miał do powiedzenia.
- Kiedy tak to przedstawiasz, towarzyskie spotkania stają się jakimś rodzajem samoumartwienia. A przecież nimi nie są. Właśnie chodzi o atmosferę, o spędzenie czasu razem, o cieszenie się nawzajem swoją obecnością – sprostował. Tak, na weselach albo na potańcówkach mogło być to trudniejsze i nie każdy właściwie nadawał się do takich spędów, ale nie było to niemożliwe. Wszystko zależało od dobrych chęci zapraszającego i zaproszonego. Ot, choćby nawet on sam, szukający Sebastiana wśród pozostałych gości i przynajmniej próbujący sprawić, by w niekomfortowej dla siebie sytuacji egzorcysta poczuł się znośniej. Steward wolał myśleć, że życie nie było jedną długą pokutą. – Tak czysto teoretycznie, ale pomyśl o tym, w jakim świetle stawiasz ludzi, którzy cię zapraszają a ty przychodzisz tylko z poczucia obowiązku. Oni stają się nagle egocentrykami bez krzty empatii, ale ty nie wychodzisz wcale lepiej na ich tle. Stajesz się kimś, komu wcale nie zależy na tych, dla których przychodzi, ale na spełnieniu niechcianego obowiązku – urwał na moment.
Po prostu widział to inaczej. Ba, z jego perspektywy wywód Macmillana gdzieś tam ocierał się o prawdę, ale robił to bardzo wybiórczo. Był wygodnym wytłumaczeniem, pozwalającym mu tkwić bezpiecznie we własnej skorupie, ale takim, które, gdyby mu się szerzej przyjrzeć, obrażało wszystkich: i gości, i gospodarza. Patrickowi pozostawało mieć przynajmniej nadzieję, że dzisiejszego wieczoru Sebastian nie przyszedł tutaj z nim z poczucia obowiązku.
- Zmierzam do tego, że owszem, to na zapraszającym leży ciężar oceny, czy zdoła zapewnić komfort temu, kogo zaprasza, ale zaproszony powinien też sam wiedzieć, czy w ogóle udźwignie ciężar spotkania, gdy warunki nie będą dla niego w pełni komfortowe – zakończył wreszcie swój wywód. W końcu, czym innym było pojawienie się na pełnej nieznajomych twarzy potańcówce, a czym innym rozmowa w parku lub zmówienie wspólnie modlitwy.
I właściwie tego dotyczyło pytanie Patricka wobec Neila: czego oczekiwał po osobie, która go zaprosiła. Tak, z pewnością było trochę niegrzeczne i na dobrą sprawę, Efner ani nie musiał na nie odpowiadać, ani auror nawet nie oczekiwał jakiejś szczerej odpowiedzi. Odwrócił głowę w stronę młodszego mężczyzny i powiedział:
- Przepraszam. Sebastian ma rację. Zachowałem się nieuprzejmie.
A potem, po prostu wsłuchał się w kolejną część wywodu Macmillana, znowu myśląc o tym, że to nie było takie proste. Owszem, jakość nie musiała iść w parze z ilością, ale w przypadku przyjaźni, obu tych wartości w ogóle nie należało ze sobą zestawiać.
- Jako członek kowenu chyba zdajesz sobie sprawę, że sporo ludzi nie potrafi skupić się podczas zmówienia jednej modlitwy. Za to ty mógłbyś zmówić ich i dwadzieścia w skupieniu. – I tak samo było z przyjaźnią. Bywali tacy, którzy mieli dwudziestu przyjaciół. I tacy, którzy nie mieli nawet jednego.
Nie wtrącał się już, gdy zaczął się temat pracy Sebastiana. Po prostu słuchał, całkiem zainteresowany tym, co Macmillan miał do powiedzenia.