• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself

[04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#8
19.03.2024, 01:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2024, 22:39 przez Alexander Mulciber.)  
proszę błagam rzut na percepcję czy ogarnę downa
Rzut PO 1d100 - 83
Sukces!

Rzut PO 1d100 - 73
Sukces!



„Co widzisz w naszej przyszłości?” było niegdyś ulubionym pytaniem Mulcibera. Nigdy by się do tego nie przyznał – tak jak i do tego, że niemal codziennie zadawał to właśnie pytanie kartom – Ambrosia nie pozwoliłaby mu o tym zapomnieć, nie po tym, jak namiętnie wypominał kobiecie (z paskudnym, pełnym nieprzytomnej wręcz satysfakcji uśmieszkiem czającym się w kącikach ust), że czyta mu tarota częściej niż sobie samej.

„Co widzisz w naszej przyszłości?”, pytała Ambrosia, a on powstrzymywał się żeby nie odpowiedzieć, jak ostatni głupiec: widzę ciebie, i widzę mnie, tak jakby to było coś głębokiego, nie zaś oczywista oczywistość. Zawsze wymijająco mówił o przyszłości, zwłaszcza, gdy ta dotyczyła bezpośrednio losów jego i jego bliskich. Alex był przekonany, że wizje podsuwane przez trzecie oko potrafią być zdradliwe same w sobie, a co dopiero, kiedy trzeba je było porównywać z tym, co widziała ta zwyczajna para oczu. Dysonans doznań zmysłowych i konflikt uczuć z rzeczywistością zaburzały zdroworozsądkową ocenę sytuacji i czyniły go podatnym na potknięcia podczas interpretacji podszeptów intuicji.

A Alexander nie chciał, by Ambrosia widziała jego potknięcia: przy niej, już jako nastolatek mimowolnie prostował plecy i podnosił głowę wyżej, wchodząc w rolę „mężczyzny” – a przynajmniej swego wyobrażenia o tym, jak ten powinien postępować – potem, gdy wątpliwości młodzieńca zastąpiła pewność siebie dorosłego, ta dynamika w ich relacji stała się czymś naturalnym, a wręcz podświadomym. On był silny, ona była słaba, ona sprawowała pieczę nad jego sercem, on – nad ich przyszłością. Nie mógł się więc potykać – nie, kiedy na jego ramieniu wspierała się kobieta, w której był zakochany.

„Co widzisz w naszej przyszłości?”, pytała jednak, raz po raz, zawsze wybierając taki moment, kiedy nie potrafił tak po prostu odmówić.

Czasem słowa Alexandra były bardziej zagmatwane od przepowiedni wyroczni delfickiej. Wtedy, kiedy inni myśleli, że plecie trzy po trzy – ale tolerowali jego zachowanie, bo jaki jasnowidz jest tak do końca normalny? – Alex… cóż, próbował. Dzięki Ambrosii nauczył się w ogóle nazywać, to, co czuje.

Najlepiej szło mu wtedy, kiedy oboje byli nadzy albo wtedy, gdy alkohol rozwiązywał mu język.

Na niektóre jej pytania wciąż odpowiadał milczeniem. Często, wzorem rodzinnej starszyzny, unikał mówienia o pewnych rzeczach wprost – wtedy, gdy szczerość nie przyniosłaby im niczego, poza bólem – w zamian snuł więc cygańskie przypowieści, których ukryty morał i znaczenie znał jednak tylko… On sam.

Kiedy Odyseusz, znękany tułaczką, poprosił o przewodnictwo ducha zmarłego wróżbity, zaczął z namysłem, przygarniając ją do siebie ramieniem, ten wyjawił mu, że przed nim droga pełna przeciwności losu. Duch obiecał herosowi, że ostatecznie uda mu się dopłynąć do domu – ciągnął dalej Alex – ale to nie miał być jeszcze koniec jego trudów. Wieszcz rozkazał bowiem Odyseuszowi wziąć wiosło, i podążyć w głąb lądu. Dźwigawszy na barkach jego ciężar, miał iść przed siebie – dniem i nocą – dopóki nie napotka na swej drodze kogoś, kto pomyli wiosło z łopatą. To byłby znak: znak, że oto dotarł do miejsca zamieszkanego przez ludzi, którzy nigdy nie widzieli morza. W tym miejscu miał odnaleźć spokój. Tam miał pogodzić się z bogami. Tam też miał zostawić za sobą przeszłość – tak, jak wcześniej zostawił za plecami morze. Odyseusz wiedział, że jego los jest z góry przesądzony, ale potrafił to zaakceptować. Myślę, że chciałbym tego samego – być może to jedyna rzecz, jakiej chcę – zostawić za sobą gwałtowne morze, i znaleźć spokój, mówił, pociągając ostatni łyk z butelki.
Nadążasz, McKinnon?, szeptał wreszcie – uśmiech, skryty w ciemnościach nocy, doskonale słyszalny w jego głosie – tak, jakby to, co właśnie powiedział, nie było pokrętną zagadką, a jakimś wewnętrznym żartem, który powinna z łatwością zrozumieć.

Ale przecież cel tego akurat wywodu – cichego, podlanego alkoholem, i usłanego delikatnymi pocałunkami składanymi wzdłuż rozkosznie wygiętej szyi kobiety – zdawał mu się oczywisty (by nie rzec wręcz jasny jak słońce), i na tyle klarowny w swojej prostocie, że nie wymagał dodatkowych wyjaśnień:on był Odyseuszem, a Ambrosia była jego spokojem. To dla niej mógłby postąpić tak samo, jak mityczny heros: zostawić za sobą wszystkie życiowe zawirowania, sprzeniewierzyć się wartościom rodziny, porzucić dotychczasowe nawyki. Zmienić się.

Odyseuszowi zrozumienie tego zajęło dziesięć lat.

Alexander potrzebował siedmiu.

Siedmiu, długich lat, które spędził dryfując bezwolnie – nie na morzu, a na granicy między snem a jawą – siedmiu lat, w trakcie których rzeczywiście się zmienił – choć wcale nie na lepsze.

Kiedy po ataku na Donalda przyśniła mu się ta pierdolona łopata, w akcie desperacji zasłonił się klasyczną interpretacją wróżbiarskich symboli, i zdecydował wyrzucić jej w liście stronniczość, zbyt wściekły i rozżalony, by tak zdusić to wszystko w sobie, jak to przywykł robić. Przez lata wracał myślami do opowieści o Odyseuszu i torturował się wspomnieniami, z których najgorszym była pamięć o tym jednym, pobożnym życzeniu, jakie nosił w sobie od chwili zamówienia świstoklika, mającego ich teleportować do Grecji: proszę, pomyślał wtedy, już na wpół śpiący, kołysany do snu przez cykanie świerszczy za oknem, i Rosie, bawiącą się bezmyślnie jego włosami, tam przetransmutuję to pierdolone wiosło w łopatę.

„Co widzisz w naszej przyszłości?” bolało, kiedy ta przyszłość nie była już „ich” tylko „jej i jego”, osobne, oddzielne. Być może Rosie miała rację. Być może nie chciał znać przyszłości, bo wtedy czułby się jeszcze bardziej bezsilny. Rozumiał już teraz, dlaczego jego biedna matka oszalała przez własne wizje. Alex czuł, jak zapiekły go oczy, kiedy powoli, ostrożnie, zaczął cedzić odpowiedź przez zaciśnięte zęby.
– Ja nic nie wiem? Bo nie chcę patrzeć na swoją przyszłość? Tak? – wyrzucał z siebie urywanie. – A tobie – tobie wydaje się, że widzisz wszystko – i może, do cholery widzisz, może i przejrzałaś mnie całkowicie – I jesteś tu teraz…! – Jak? – Nie, to ty nie widzisz. Jak możesz wciąż być taka ślepa, Rosie? Myślisz, że cię nie chcę? – Głos załamał mu się zdradziecko, ale to nie było ważne, bo nie było już jak, ani kogo oszukiwać.

Czasem, Mulciber nie potrafił tak do końca powiedzieć, gdzie zaczynały się wizje przyszłości, a gdzie teraźniejsze impresje. Cały ten czas był przekonany, że ma do czynienia z jednym z prześladujących go duchów – tym najmilszym jego sercu – tym, które odpędzał złe sny i pomagał mu uspokoić chaos w głowie. Ale kiedy poczuł, jak Ambrosia sztywnieje pod jego dotykiem – jak zaciska silnie dłonie na jego nadgarstku – jak ciepły jest jej oddech, teraz dziwnie przyspieszony – jak gorące są jej łzy spływające jej po policzkach – z nagła, Alexander uświadomił sobie, że to wszystko to nie jest tylko sen, tylko najprawdziwsza jawa. Słyszał, co mówiła do niego Rosie, rozumiał znaczenie kierowanych doń słów, ale nie potrafił wydobyć z siebie głosu. Nie mógł odpowiedzieć na żaden z jej wyrzutów, nie potrafił znaleźć odpowiednich argumentów. Wszystko można naprawić, szeptała kobieta, a on zastanawiał się, co właściwie mówił jej, kiedy wciąż myślał jeszcze, że ta jest tylko wytworem jego wyobraźni.

Czy cokolwiek w twoim życiu jest stabilne?, pytała go z psotnym sznytem w liście. Ambrosia od lat pozostawała jedynym constans w jego życiu, ale przecież nie mógł jej tego powiedzieć. Mógł tylko pluć wściekle pytaniami, co za skurwysyn zrobił jej krzywdę, jednocześnie trzymając ją w ramionach i rozpaczliwie zaciskając dłonie na jej ciele, kiedy widział, że Rosie oddala się od niego. Mimowolnie przeniosło to Alexa w czasie do chwili ich rozstania, siedem lat temu, i kolejnej, wielkiej kłótni, która miała miejsce w marcu tego roku.

Jeżeli liczyła, że nie zauważy jej pustego spojrzenia, to się przeliczyła. Zbyt dobrze znał ten wzrok – nie tylko z ich wspólnych wspomnień, ale i z autopsji, bo czasem, goląc się, wpatrywał się w lustro dobre kilka minut, a gdy wreszcie wyrywał się ze spirali derealizacji, docierało do niego, że patrzy na własną, głupią mordę – zdawał sobie sprawę, że na jego twarzy często gościł ten sam, nieobecny wyraz, kiedy mimowolnie dysocjował z nurtem strumienia świadomości.

- Skoro jesteś tutaj ze mną, nie patrz na mnie, kurwa, tymi martwymi oczami z moich koszmarów, tak, jakbyś miała zaraz zniknąć w odmętach Limbo. – Powiedział za dużo, jak zawsze. Czysta desperacja przebrzmiewała jednak przez chwilę w głosie Mulcibera, kiedy podtrzymywał ją drżącymi rękoma. – Rosie… – Wziął głębszy oddech, próbując zapanować nad sobą. Nie chciał jej przerazić. – Nie waż się wmawiać mi dalej, że to tylko sen. – Czuł się zdradzony, że pozwoliła mu w to tak długo wierzyć, choć winą mógł obarczać przecież tylko samego siebie.

Czy kiedy zasypiał z jej złotoblond włosami rozsypanymi na poduszce obok – to też było prawdziwe?
Oczywiście, że to było prawdziwe, pomyślał, przecież bez Ambrosii u boku nie mógłby zasnąć nocami.

Poczuł, że nogi się pod nim uginają, kiedy zdał sobie sprawę, że wyznał Ambrosii prawdę o Donaldzie. Co go podkusiło, by w ogóle mówić o tym na głos? Złożył na jej barki kolejny ciężar, zamiast ją wesprzeć. To on powinien ją teraz pocieszać, ale zamiast tego nie potrafił wydobyć z siebie sensownego zdania, nie potrafił wypuścić jej z rąk, tak, jak gdyby wciąż mogła zniknąć, gdyby tylko wymknęła się z jego uścisku; tak, jak gdyby była ostatnim bastionem normalności.

Otarł delikatnie dłonią łzy, które błyszczały wciąż na policzkach Ambrosii, chociaż ta szybko zdusiła w sobie szloch. Nie potrafił zachować spokoju, gdy widział ją płaczącą, ale musiał się opanować, dla niej. Starał się powstrzymać drżenie rąk, kiedy pomógł jej usiąść na jednym z większych głazów zdobiących polanę, samemu siadając obok, tak, by mogli rozmawiać głowa przy głowie.
Wcześniej otoczył ją opiekuńczo ramieniem
, bo nie był pewien, czy da radę siedzieć prosto: wydała się przez chwilę tak przerażająco wiotka i słaba. Zdołał jakoś uspokoić oddech.

– Ja ciebie nie zostawiłem. Ja cię oszczędziłem.

Spokój i święte przekonanie o słuszności swej racji w głosie Mulcibera były upiorne.

– Jak myślisz, jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy…? – Byli małżeństwem?, dokończył gorzko w myślach, bo przecież nie mógł jej tego powiedzieć. Nie potrafił być wobec Ambrosii na tyle okrutny, by pozwolić sobie szafować takimi słowami w jej obecności, choć przecież próbował – wtedy, kiedy chciał wreszcie wziąć na siebie ciężar przerwania tej błędnej spirali nieporozumień, w jakiej tkwili, i zakończyć to na swoich warunkach – ożeniłem się z Lorettą, oznajmił jej, i patrzył, jak uśmiech Ambrosii gwałtownie gaśnie. W tym jednym momencie, Alex zwątpił – widział tylko dziwnie zmienioną twarz Rosie, i przez krótką chwilę był w stanie myśleć tylko o tym, jak straszliwy błąd popełnił – ale to był tylko moment, kilka uderzeń zdradzieckiego serca, bo przecież, jak powtarzał sobie, raz za razem, wybrał przyszłość, która była lepsza dla wszystkich.

– Oszczędziłem ci cierpienia. Uwierz mi, nie chciałabyś życia z… Tym wszystkim. Z gorzałą. Kartami. Heroiną. I innymi rzeczami. Gorszymi. Ze mną. – Alexander starał się teraz wytłumaczyć jak najdelikatniej to, czego nie chciała słyszeć wtedy. Jeżeli on był Odyseuszem, Loretta była Calypso, a Ambrosia – jego Penelopą. Wszystko poplątane, i nie takie, jak trzeba. Myślał, że wreszcie zdołał to zaakceptować: on i Loretta byli siebie warci, ale Ambrosia…

Wiedział, że zachowuje się jak skończony chuj, kiedy wracał raz po raz do Anglii, i stawał na jej progu – elegancki, wyczyszczony, pełen nowych historii do opowiadania, z jakimś egzotycznym podarkiem przywiezionym z kolejnej z podróży – chociaż kilka dni temu, o tej samej porze, myślał, że zdechnie we własnej łazience, z igłą w ramieniu; szczęśliwie zdołał się otrząsnąć z marazmu i zaaplikować końską dawkę antidotum, po czym, jak gdyby nigdy nic, doszedł po omacku do łóżka, do Loretty. Ćpun zawsze pozostanie ćpunem, powiedział mu kiedyś Donald, i po raz pierwszy i ostatni w życiu Alexander musiał się zgodzić z bratem. Kochał w życiu dwie kobiety, i tylko jedną był w stanie skazać na takie życie.

Znalazł w sobie wystarczająco dużo przyzwoitości, by wreszcie uwolnić Ambrosię od siebie – by pozwolić jej odejść – bo wiedział, że sama nie będzie w stanie podjąć właściwej decyzji.

Zrobił to za nią.

Nie potrafił przestać jej kochać. Wytrzymał ledwo miesiąc milczenia. Zaczęli od nowa, jako przyjaciele. Bez pustych „kocham cię”, bez zwykłych czułostek, bez zasypiania w jej objęciach.

Najgorsze, że to wszystko stało się dla niego zadziwiająco łatwe. Była jakaś niewinność w ich relacji, choć sam nie byłby jej świadom, gdyby nie kolory łączących ich nici powiązań… Tęsknił za nią, owszem, ale to było trochę tak jakby znowu byli dzieciakami, usatysfakcjonowanymi siedzeniem w milczeniu w tym samym kącie pokoju wspólnego, każde ze swoją książką w rękach: ona rozłożona na fotelu, on wyciągnięty na dywanie, oboje zanurzeni w ich małym, cichym świecie.

Teraz jednak, myślał tylko o tym, by wziąć ją w ramiona, jak dawniej, i sprawić, by zapomniała o reszcie świata. Chciał zrobić to samo, co ona robiła tak często, kiedy miał poobijaną twarz: ucałować każdy z siniaków na jej szyi – choć podejrzewał, że Ambrosia, nieprzyzwyczajona do przemocy z jej delikatną konstytucją, początkowo odsuwałaby się z niechęcią – Alexander wiedział, że teraz potrzebuje czułości, i niczego nie chciał bardziej niż po prostu ją pocieszyć.

Zamiast tego, chwycił jej dłoń, i położył na swoim sercu, tam, gdzie między żebrami można było najlepiej wyczuć rytmiczne drżenie mięśnia wściekle rozbijającego się o ścianę jego klatki piersiowej. Nakrył rękę kobiety swoją własną. To było takie proste, skupić się na tym, co powinien zrobić dla niej. Przed swoim szaleńczym atakiem na Donalda sfocusowany był na bezpieczeństwie Loretty, w trakcie całego zamieszania związanego z przesłuchaniami zdołał zachować względną stabilność psychiczną tylko dzięki temu, że myślał o losie Diany. W tym momencie odsunął na bok zmartwienia, bo to Ambrosia wymagała jego uwagi.

Był zbyt pijany, by się domyślić, kto ją skrzywdził. Ale kiedyś wytrzeźwieje. Po kilku dniach bez picia przejdzie mu nawet halucynoza alkoholowa. Być może do tego czasu siniaki zbledną i znikną… Ale on będzie pamiętał. Nie zamierzał zapomnieć tej zniewagi. Nie zamierzał pozwolić, by ktokolwiek krzywdził Ambrosię. Sam aż nazbyt dobrze nauczył się krzywdzić ludzi od kiedy wstąpił w szeregi Czarnego Pana.
Ale najpierw musiał wyciągnąć z niej, co właściwie się stało. Ambrosia dużo mówiła, próbując odwrócić jego uwagę od problemu, ale on wiedział swoje. W końcu McKinnon nie była jedyną osobą w ich relacji, która musiała nauczyć się odpowiednio podrzucać tę wyważoną monetę od losu, by wypadł orzeł, a nie reszka.

– Mówisz, że jesteś tylko moja – powiedział cicho. Wolną dłonią łagodnie odgarnął włosy Ambrosii, na powrót odsłaniając jej szyję, choć pozornie zrobił to tylko po to, by nic nie przeszkadzało mu, gdy gładził ją uspokajająco po policzku. Wiedział, co chce powiedzieć, ale i tak z trudem przyszło mu rozewrzeć zaciśniętą szczękę. – Ale nie pamiętam, żebym zostawił takie ślady na twojej szyi. – Pozwolił chwilę wybrzmieć ich niespokojnym, głośnym oddechom. Wstrętnej ciszy, która miała jej pozwolić zebrać myśli… I udzielić mu odpowiedzi, jakiej oczekiwał. Rosie dobrze znała ten ton – ten spokojny, wyważony ton w głosie Alexa, który nie znosił sprzeciwu – ten sam, którym powiedział jej w maju „nie idziesz na Beltane”, ni stąd, ni zowąd pojawiając się na progu jej mieszkania, chociaż byli śmiertelnie skłóceni, a ona, nieważne, czy w pierwszym odruchu reagowała tylko krnąbrnym niedowierzaniem czy wręcz wściekłą opozycją, ostatecznie, jak zawsze, posłuchała. Teraz też nie zamierzał odpuścić.
– Więc, powiedz mi, Rosie – szepnął Alexander, z twarzą tuż przy twarzy Ambrosii, wodząc delikatnie palcami po linii jej żuchwy, tam, gdzie już nie docierały siniaki; to musiało wystarczyć, kiedy nie mógł jej pocałować, nie, kiedy jechało od niego gorzej niż od zrujnowanej bimbrowni, a on potrzebował, by mu uległa i wyjawiła prawdę, nie zaś unosiła się gniewem, rozpaczą i zranioną dumą. – Kim jest ten człowiek, którego mam nauczyć szacunku… Do cudzej własności? – W oczach Alexa błyszczało zdecydowanie, chociaż jego głos był niewiele głośniejszy od szeptu.

Być może Ambrosia miała we wszystkim, kurwa, rację, ale zapominała, że on znał ją równie dobrze, co ona jego. Bo w ciemnościach ich sypialni oboje byli nadzy: on, kiedy wreszcie decydował się wyznać swoje grzechy w jej ramionach, a ona – wtedy, kiedy zadawała mu pytania bardziej wymowne niż jakiekolwiek wyznania.

- Naprawię to, Rosie. Zajmę się wszystkim. – Obiecał cicho.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (10044), Ambrosia McKinnon (8087)




Wiadomości w tym wątku
[04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 06.01.2024, 04:39
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 24.01.2024, 07:34
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 24.01.2024, 20:18
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 26.02.2024, 00:29
RE: [10.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 27.02.2024, 18:54
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 14.03.2024, 01:32
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 19.03.2024, 00:54
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 19.03.2024, 01:28
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 30.03.2024, 03:23
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Alexander Mulciber - 12.05.2024, 22:42
RE: [04.07.1972] i can't hide from you like i hide from myself - przez Ambrosia McKinnon - 16.05.2024, 04:23

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa