19.03.2024, 02:26 ✶
Ramiona Ulyssesa opadły a cała jego sylwetka rozluźniła się trochę. Podniósł pustą filiżankę i zaniósł ją do zlewu. Myjąc, myślał o uldze, którą poczuł na wieść o tym, że Cathal nie zamierzał oponować przeciwko pokryciu przez niego części kosztów. Wytarł pedantycznie czystą ściereczką umytą porcelanę i odłożył ją na suszarkę.
- Próbujesz mi powiedzieć, że musimy nawyknąć do psiej sierści?
Zerknął na zadowolonego z siebie Cavalla. Być może Rookwood nie był najlepszym opiekunem, a sam z siebie z pewnością nie adoptowałby czworonoga, ale nie zamierzał go także wyganiać do budy lub trzymać na łańcuchu. Pewnych rzeczy, po prostu, nie wypadało robić. Tak, może sierść na kanapie przestałaby go doprowadzać do szewskiej pasji, ale jednocześnie czułby, że jego zachowania nie pochwaliłby ani Cathal, ani Danielle, ani nawet ten śliniący się, szczekający, energiczny, radosny potwór, którego adoptował.
I znowu pominął pytanie o to, co umykało Shafiqowi. Tak naprawdę nie bardzo wiedział, jak powinien mu na nie odpowiedzieć. Bo nie chodziło tylko o to, że planował kupienie mu pierścionka. Właściwie to forma pierścionka wynikała tylko z wygody. Chodziło o całokształt, o coś, czego jeszcze nie potrafił sam określić i nie wiedział nawet, czy będzie potrafił właściwie opisać to, o czym myślał.
Kucnął przy szafce od zlewu i otworzył ją. Wyciągnął stamtąd pusty karton po mokrej karmie Cavalla. I proszę, okazywało się nagle, że nawet roznoszący po całym domu błoto i sierść pies mógł się na coś przydać.
- Hm, zobacz, ten mógłby stanąć niedaleko drzwi wejściowych. Wygląda na takiego, który byłby całkiem dobrym odźwiernym – powiedział cicho, podnosząc jednego z gipsowych królików i pokazując go najlepszemu przyjacielowi. Odłożył nędznej jakości figurkę ostrożnie do tekturowego pudła. – A ten wygląda na melomana. To na pewno miłośnik sonaty księżycowej – wyjaśnił, wkładając kolejnego królika do kartonu.
I gdyby tylko bardziej modulował swój głos, gdyby się przy tym uśmiechał lub jakimś szerszym gestem wykazywał, że żartował to jego słowa można by było odebrać za żart. Ale brzmiał, po prostu, jak Ulysses Rookwood...
Mechanicznie wkładał kolejne figurki do kartonu.
- Próbujesz mi powiedzieć, że musimy nawyknąć do psiej sierści?
Zerknął na zadowolonego z siebie Cavalla. Być może Rookwood nie był najlepszym opiekunem, a sam z siebie z pewnością nie adoptowałby czworonoga, ale nie zamierzał go także wyganiać do budy lub trzymać na łańcuchu. Pewnych rzeczy, po prostu, nie wypadało robić. Tak, może sierść na kanapie przestałaby go doprowadzać do szewskiej pasji, ale jednocześnie czułby, że jego zachowania nie pochwaliłby ani Cathal, ani Danielle, ani nawet ten śliniący się, szczekający, energiczny, radosny potwór, którego adoptował.
I znowu pominął pytanie o to, co umykało Shafiqowi. Tak naprawdę nie bardzo wiedział, jak powinien mu na nie odpowiedzieć. Bo nie chodziło tylko o to, że planował kupienie mu pierścionka. Właściwie to forma pierścionka wynikała tylko z wygody. Chodziło o całokształt, o coś, czego jeszcze nie potrafił sam określić i nie wiedział nawet, czy będzie potrafił właściwie opisać to, o czym myślał.
Kucnął przy szafce od zlewu i otworzył ją. Wyciągnął stamtąd pusty karton po mokrej karmie Cavalla. I proszę, okazywało się nagle, że nawet roznoszący po całym domu błoto i sierść pies mógł się na coś przydać.
- Hm, zobacz, ten mógłby stanąć niedaleko drzwi wejściowych. Wygląda na takiego, który byłby całkiem dobrym odźwiernym – powiedział cicho, podnosząc jednego z gipsowych królików i pokazując go najlepszemu przyjacielowi. Odłożył nędznej jakości figurkę ostrożnie do tekturowego pudła. – A ten wygląda na melomana. To na pewno miłośnik sonaty księżycowej – wyjaśnił, wkładając kolejnego królika do kartonu.
I gdyby tylko bardziej modulował swój głos, gdyby się przy tym uśmiechał lub jakimś szerszym gestem wykazywał, że żartował to jego słowa można by było odebrać za żart. Ale brzmiał, po prostu, jak Ulysses Rookwood...
Mechanicznie wkładał kolejne figurki do kartonu.