13.12.2022, 15:08 ✶
- Tak, dokładnie. „Siostra Erika Longbottoma” to mój pierwszy tytuł, ten który znają wszyscy. Drugi brzmi „O Merlinie Tylko Nie Ona Udawajmy Że Jej Nie Widzimy”, a trzeci „Detektyw Brygady Uderzeniowej”. Gdzieś tam dalej będą imię i nazwisko – odparła Brenna, posyłając Reginie uśmiech. Żadnego śladu goryczy, zawiści, czy czegokolwiek innego. Brenna przywykła do bycia „siostrą tego popularnego Longbottoma” czy „kuzynką tej ładnej Bones”. Może było jej to bardzo łatwo znosić nie tylko z powodu charakteru, ale też dlatego, że co jak co, ale po pierwsze rodzina traktowała ją doskonale, po drugie ani Erik, ani Mav się nie wywyższali.
– Nic nie szkodzi. Znajoma mi to naprawi magią – zapewniła, zbywając słowa Rowle machnięciem ręki. Sama wolała nie majstrować, ale drobne nadpalenie powinno się udać naprawić za pomocą paru ruchów różdżką.
Brenna przekrzywiła lekko głowę, wysłuchując mini wykładu Reginy. Jeżeli była nim znudzona albo zniecierpliwiona, to maskowała to doskonale. Owszem, sama była straszliwą gadułą. Ale była też całkiem niezłym słuchaczem. Paplała zwykle, co jej ślina na język przyniosła, przyjmując na siebie ciężar prowadzenia konwersacji, ale gdy mówił kto inny, zawsze słuchała uważnie. I co zabawne, zazwyczaj nawet to, o czym mówił, ją interesowało. Albo przynajmniej bardzo dobrze udawała, że tak jest.
- Naprawdę? To brzmi intrygująco. – Gdyby nie to, że rodzina ledwo co zgodziła się na psa, Brenna pewnie już układałaby plan namówienia dziadka na zaklęcia przeciwogniowe oraz adopcję smoczognika. – Słyszałam, że kiedyś banda takich malców zrobiła niezłe zamieszanie w Stanach. Wydostały się z jednego cyrku i bum, nagle wszystko się paliło. Cześć, Cymbał. Bardzo miło cię poznać – poinformowała, pochylając się lekko ku istocie, ale nie pchając do niej rąk ani nie zbliżając nosa zbyt blisko. Kto wie, może jeszcze odgryzły jej nos. – Mam nadzieję, że nie podpalisz Pokątnej.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, mimowolnie, kiedy istota zamruczała i zaczęła merdać ogonem. Był jaszczurką, gadem, czy czymś takim, ale w tej chwili skojarzył się jej z psem.
– Może lubi pączki i je ode mnie czuje – stwierdziła z rozbawieniem. Ewentualnie chodziło o to, że lubił uwagę, a wyraźnie skupienie Brenny sobie teraz zdobył. – Albo chodzi o dym. Każde wejście do siedziby Brygady Uderzeniowej to jakby wykąpanie się w nim. Mam wrażenie, że gdybym wzięła nóż, mogłabym ciąć tam powietrze.
– Nic nie szkodzi. Znajoma mi to naprawi magią – zapewniła, zbywając słowa Rowle machnięciem ręki. Sama wolała nie majstrować, ale drobne nadpalenie powinno się udać naprawić za pomocą paru ruchów różdżką.
Brenna przekrzywiła lekko głowę, wysłuchując mini wykładu Reginy. Jeżeli była nim znudzona albo zniecierpliwiona, to maskowała to doskonale. Owszem, sama była straszliwą gadułą. Ale była też całkiem niezłym słuchaczem. Paplała zwykle, co jej ślina na język przyniosła, przyjmując na siebie ciężar prowadzenia konwersacji, ale gdy mówił kto inny, zawsze słuchała uważnie. I co zabawne, zazwyczaj nawet to, o czym mówił, ją interesowało. Albo przynajmniej bardzo dobrze udawała, że tak jest.
- Naprawdę? To brzmi intrygująco. – Gdyby nie to, że rodzina ledwo co zgodziła się na psa, Brenna pewnie już układałaby plan namówienia dziadka na zaklęcia przeciwogniowe oraz adopcję smoczognika. – Słyszałam, że kiedyś banda takich malców zrobiła niezłe zamieszanie w Stanach. Wydostały się z jednego cyrku i bum, nagle wszystko się paliło. Cześć, Cymbał. Bardzo miło cię poznać – poinformowała, pochylając się lekko ku istocie, ale nie pchając do niej rąk ani nie zbliżając nosa zbyt blisko. Kto wie, może jeszcze odgryzły jej nos. – Mam nadzieję, że nie podpalisz Pokątnej.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, mimowolnie, kiedy istota zamruczała i zaczęła merdać ogonem. Był jaszczurką, gadem, czy czymś takim, ale w tej chwili skojarzył się jej z psem.
– Może lubi pączki i je ode mnie czuje – stwierdziła z rozbawieniem. Ewentualnie chodziło o to, że lubił uwagę, a wyraźnie skupienie Brenny sobie teraz zdobył. – Albo chodzi o dym. Każde wejście do siedziby Brygady Uderzeniowej to jakby wykąpanie się w nim. Mam wrażenie, że gdybym wzięła nóż, mogłabym ciąć tam powietrze.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.