19.03.2024, 09:53 ✶
Gdyby mógł, wsadziłby nos w to piękne łączenie, tuż pod uchem, gdzie kończy się linia szczęki, a zaczyna krzywizna szyi. Tam najlepiej można było poczuć, rozpoznać, upewnić się, tam, gdzie kość była tak blisko skóry, że przepływająca między nimi krew grzała i uwydatniała wszystkie te cudowne tony ukryte pod sztucznym zapachem spalonych kwiatów. Był otumaniony tą myślą, oczywiście nie w celach reprodukcyjnych, a tego dziwnego uczucia odnalezienia kogoś swojego rodzaju.
Bo że Samuel uważał siebie za odrębny gatunek człowieka, to nie była tajemnica, nawet jeśli nie mówił o tym wcale. Nie było powodu się przechwalać, z resztą matka prosiła go, aby jego dziedzictwo McGonagallów nie było czymś, czym by się przechwalał, głównie przez wzgląd na krogulczą formę. A jednak... kiedy możesz zakładać futro, przywdziewać pióra, kiedy możesz przewalić drzewo siłą 10 chłopa, a chwilę później wznieść się w niebo tak wysoko, że aż dech zapierało... Kiedy mogłeś swe ramiona okryć piórami, albo szczękę wypełnić rojem ostrych zębów... To była nauka, lata transmutacyjnej praktyki przekazywanej z pokolenia na pokolenie, dla dziecka wychowanego w Kniei była to jednak "jego natura", której nie był w stanie zrozumieć nikt spoza kręgu.
I teraz... całkiem możliwe, że nieznajoma z wrzosowisk była w tym kręgu.
Ciepło, które czuł w piersi w związku z tym faktem, zdawało się gorętsze od sierpniowego słońca.
Poczuł wstrzymującą go dłoń i spojrzał chmurnie, z niezrozumieniem ściągnietych brwi na Brennę, która mu nie pozwalała sprawdzić. Jej porady dotyczące życia w społeczności nie wywietrzały mu kompletnie z głowy, ale przecież jeśli z Ginny byli tego samego rodzaju, to ona zrozumie, ona będzie wiedzieć. Nie chciał mimo wszystko naruszać upartością dobrej komitywy ze swoją przyjaciółką i dobrodziejką, która ofiarowała mu schronienie w tym trudnym czasie separacji od Kniei. Dlatego też westchnął zirytowany, ale wrócił do ludzkiego myślenia, w którym komunikacja wymagała większej ilości słów.
– Jestem synem Bereniki McGonagall, której ojcem był botanik Robert McGonagall. – przedstawił się głosem podwyższonym zaciśniętym gardłem. Boleśnie przełknął ślinę, nim podjął dalej: – Nie widziałem nikogo takiego jak my od dwudziestu lat. Nie byłem pewien, czy to nie był dziecięcy sen, że istnieją tacy jak ja, że jest nas więcej – przyznał otwarcie, nie chcąc nawet marzyć o tym, że za południową pięknością stoją kolei, stoi stado, które mogłoby z Brenny zdjąć ciężar przechowywania go w ogrodzie.
Bo że Samuel uważał siebie za odrębny gatunek człowieka, to nie była tajemnica, nawet jeśli nie mówił o tym wcale. Nie było powodu się przechwalać, z resztą matka prosiła go, aby jego dziedzictwo McGonagallów nie było czymś, czym by się przechwalał, głównie przez wzgląd na krogulczą formę. A jednak... kiedy możesz zakładać futro, przywdziewać pióra, kiedy możesz przewalić drzewo siłą 10 chłopa, a chwilę później wznieść się w niebo tak wysoko, że aż dech zapierało... Kiedy mogłeś swe ramiona okryć piórami, albo szczękę wypełnić rojem ostrych zębów... To była nauka, lata transmutacyjnej praktyki przekazywanej z pokolenia na pokolenie, dla dziecka wychowanego w Kniei była to jednak "jego natura", której nie był w stanie zrozumieć nikt spoza kręgu.
I teraz... całkiem możliwe, że nieznajoma z wrzosowisk była w tym kręgu.
Ciepło, które czuł w piersi w związku z tym faktem, zdawało się gorętsze od sierpniowego słońca.
Poczuł wstrzymującą go dłoń i spojrzał chmurnie, z niezrozumieniem ściągnietych brwi na Brennę, która mu nie pozwalała sprawdzić. Jej porady dotyczące życia w społeczności nie wywietrzały mu kompletnie z głowy, ale przecież jeśli z Ginny byli tego samego rodzaju, to ona zrozumie, ona będzie wiedzieć. Nie chciał mimo wszystko naruszać upartością dobrej komitywy ze swoją przyjaciółką i dobrodziejką, która ofiarowała mu schronienie w tym trudnym czasie separacji od Kniei. Dlatego też westchnął zirytowany, ale wrócił do ludzkiego myślenia, w którym komunikacja wymagała większej ilości słów.
– Jestem synem Bereniki McGonagall, której ojcem był botanik Robert McGonagall. – przedstawił się głosem podwyższonym zaciśniętym gardłem. Boleśnie przełknął ślinę, nim podjął dalej: – Nie widziałem nikogo takiego jak my od dwudziestu lat. Nie byłem pewien, czy to nie był dziecięcy sen, że istnieją tacy jak ja, że jest nas więcej – przyznał otwarcie, nie chcąc nawet marzyć o tym, że za południową pięknością stoją kolei, stoi stado, które mogłoby z Brenny zdjąć ciężar przechowywania go w ogrodzie.