19.03.2024, 10:31 ✶
Siedzieli w milczeniu, co było dla Samuela przyjemnym doświadczeniem. Nie uważał się za wprawnego rozmówcę, nie potrafił wyczuć tej odpowiedniej proporcji, kiedy mówił za dużo, a kiedy odwrotnie, kiedy powinien coś powiedzieć i z jakiś powodów mu to nie wychodziło. Rozmawianie z innymi, po latach samotności, nie było proste.
Ale teraz milczeli i wsłuchiwali się w przestrzeń na zewnątrz i – zapewne – również przestrzeń w środku. To było zabawne, gorzko słodkie, że poprzednim razem gdy spotkał Neila, to właśnie wszystko się zaczęło. Dostał list, który nadał wszystkiemu nostalgii, odwrócił spojrzenie w stronę przeszłości i obudził zazdrosną Knieję. Brenna powtarzała mu, że to nie jest jego sprawka, a jakiegoś tam Voldemorta, trudno jednak było pozbyć się przekonań głęboko zakorzenionych w sercu, na rzecz kilku słów przyjaciółki. Szanował ją bardzo i wierzył jej. Ale mówiła mu też, że jest wartościowym człowiekiem, ale kiedy był w Warowni, myślał o sobie bardzo, bardzo nisko. Jej słowa nie wystarczały, żeby zmienił zdanie.
Nie wiedział co gnębi Neila. Z pewnością ich problemy były różnej natury. Przyjaciel, który miał pomagać w zapomnieniu, a potem sprawiał, że człowiek czuł się jeszcze gorzej, nie był tak naprawdę przyjacielem, ale Sam wiedział, że tak jak on nie wierzył Brennie, tak pewnie Neil nie uwierzy mu. Dlatego nie doradzał. Nie opiniował. Po prostu był, jak drzewo, patrzył się przed siebie i nabierał odpowiedniej perspektywy. Burza przychodziła i odchodziła, pozostawiając dobre powietrze i wilgoć w korzeniach. Kryzys był szansą wzrostu. Zawsze.
Z zamyślenia wyrwała go prośba Neila, cicha i niepewna. Padało coraz odważniej, niebo zasnute było już ciężkimi stalowymi chmurami odcinając jakiekolwiek światło słoneczne, a i tak przecież chyliło się ku zachodowi.
Wyciszony myślą o drzewach, skinął głową i niespiesznie, niemal flegmatycznie wyciągnął różdżkę, giętki pospolity kasztan z ukrytym złowróżbnym testralem, niezbędny do tego, by sięgnąć po jedną z dwóch pozostałych form.
To było mgnienie, przemiana animaga nie była tak bolesna i widowiskowa jak klątwa wilkołacza. Ciało transmutowało płynnie, rozciągało się i pokrywało brunatnym futrem. Neil nie musiał nigdzie się ruszać, bo to wielka bestia przesiadła się tak, aby uczynić z siebie żywą i ciepłą osłonę, puchaty kokon chroniący przed szarpiącym wiatrem i nasilającym się deszczem.
Ale teraz milczeli i wsłuchiwali się w przestrzeń na zewnątrz i – zapewne – również przestrzeń w środku. To było zabawne, gorzko słodkie, że poprzednim razem gdy spotkał Neila, to właśnie wszystko się zaczęło. Dostał list, który nadał wszystkiemu nostalgii, odwrócił spojrzenie w stronę przeszłości i obudził zazdrosną Knieję. Brenna powtarzała mu, że to nie jest jego sprawka, a jakiegoś tam Voldemorta, trudno jednak było pozbyć się przekonań głęboko zakorzenionych w sercu, na rzecz kilku słów przyjaciółki. Szanował ją bardzo i wierzył jej. Ale mówiła mu też, że jest wartościowym człowiekiem, ale kiedy był w Warowni, myślał o sobie bardzo, bardzo nisko. Jej słowa nie wystarczały, żeby zmienił zdanie.
Nie wiedział co gnębi Neila. Z pewnością ich problemy były różnej natury. Przyjaciel, który miał pomagać w zapomnieniu, a potem sprawiał, że człowiek czuł się jeszcze gorzej, nie był tak naprawdę przyjacielem, ale Sam wiedział, że tak jak on nie wierzył Brennie, tak pewnie Neil nie uwierzy mu. Dlatego nie doradzał. Nie opiniował. Po prostu był, jak drzewo, patrzył się przed siebie i nabierał odpowiedniej perspektywy. Burza przychodziła i odchodziła, pozostawiając dobre powietrze i wilgoć w korzeniach. Kryzys był szansą wzrostu. Zawsze.
Z zamyślenia wyrwała go prośba Neila, cicha i niepewna. Padało coraz odważniej, niebo zasnute było już ciężkimi stalowymi chmurami odcinając jakiekolwiek światło słoneczne, a i tak przecież chyliło się ku zachodowi.
Wyciszony myślą o drzewach, skinął głową i niespiesznie, niemal flegmatycznie wyciągnął różdżkę, giętki pospolity kasztan z ukrytym złowróżbnym testralem, niezbędny do tego, by sięgnąć po jedną z dwóch pozostałych form.
To było mgnienie, przemiana animaga nie była tak bolesna i widowiskowa jak klątwa wilkołacza. Ciało transmutowało płynnie, rozciągało się i pokrywało brunatnym futrem. Neil nie musiał nigdzie się ruszać, bo to wielka bestia przesiadła się tak, aby uczynić z siebie żywą i ciepłą osłonę, puchaty kokon chroniący przed szarpiącym wiatrem i nasilającym się deszczem.