Tej nocy znów nie mógł spać. Jego oczy same się otwierały, kręcił się z boku na bok, gapił się w sufit, ścianę, zrzucał z siebie kołdrę i znów po nią sięgał, by okryć się pod sam nos. Rano był rozdrażniony. Potrzebował się wybiegać. Odciąć się na chwilę od tych wszystkich irytujących uczuć i znów poczuć się wolnym. Jak dawniej, w Rosji, gdy wraz z garstką znajomych pozwalali sobie na więcej, niż pozwalały im zasady, gdy tylko opuszczali mury szkoły.
Czy był nieostrożny, nie pytając stryja o ewentualne pojawienie się w lesie łowców? Możliwe. Czy w ogóle powiedział stryjowi, gdzie się wybiera? Absolutnie, ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Był tutaj, pośród wysokich drzew, i wdychał świeże, leśne powietrze, tak bardzo mu teraz potrzebne.
Wziął ostatni wdech, nim ciało zaczęło się zmieniać. Kości zmieniały grubość, długość i umiejscowienie. Dzieliły się. Skóra pokryła się ciemnobrunatnym futrem. Podwójne bicie serca było tak kojące. Łapy uderzyły o twardą ziemię. Niedźwiedź potrząsnął łbem i ruszył pomiędzy drzewami, łapiąc pyskiem hausty nowego powietrza, poznając naturę i napawając się zwierzęcą wolnością.
Ziemia pod jego łapami była twarda, powietrze, wypełniające jego płuca, chłodne. Brakowało mu trzeszczącego, białego śniegu, w którym mógł zatopić grzbiet i boki, gdy ciało potrzebowało orzeźwienia. Brakowało mu lodowatego powietrza, od którego bolały płuca po powrocie do ludzkiej postaci. Tęsknił za innymi, z którymi biegał beztrosko wśród drzew. Tęsknił za tym dreszczem adrenaliny, gdy w swojej animagicznej formie napotykał innego, prawdziwego niedźwiedzia, i pojawiało się ryzyko walki pomiędzy dwoma samcami.
Czy w Wielkiej Brytanii spotkałby drugiego niedźwiedzia?
Biegł dalej. Łapy uderzały o ziemię, futro chroniło skórę przed chłodem. Chciał ryczeć, dać ujście tym wszystkim emocjom, które się w nim kumulowały, ale z jego pyska wydobywały się jedynie pojedyncze powarkiwania.
Był nieroztropny, ale wolny. I to się teraz liczyło.