19.03.2024, 12:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.03.2024, 12:09 przez Brenna Longbottom.)
Uspokajam spanikowanego Sama.
Brenna połączyła fakty.
Marny byłby z niej detektyw, gdyby tego nie zrobiła. I nie stało się nic, nie rozstąpiła się ziemia, nie walnęły błyskawice, a ona nawet nic na ten temat nie powiedziała. Raz, bo Sam był teraz przestraszony czymś zupełnie innym. Dwa, bo chociaż Bren lubiła wtykać nos w nieswoje sprawy, robiła to tylko, gdy była pewna, że nikogo przy okazji nie skrzywdzi.
A w tej chwili tej pewności nie miała.
Nie zmuszasz innych, żeby otworzyli przed tobą swoją duszę, jeżeli sami tego nie chcieli.
Wszyscy mieli swoje tajemnice.
Emocje McGongalla w tej chwili jednak tajemnicą nie były. Brenna nie musiała być aurowidzem, aby dostrzec, że Sama wypełnia najwyraźniej coraz większa panika. I przeklęła samą siebie, że wcześniej nie dopytała dokładnie, jakie są objawy tej pogorszonej klątwy, zakładając, że to po prostu niepokój. Niepokój istoty wyrwanej z dotychczasowej środowiska, mającej trudności z odnalezieniem się w nowym miejscu, a przez to też nad zapanowaniem nad emocjami. Nie drgnęła, kiedy chwycił ją za ramię, za to uniosła własną rękę i pogłaskała go po głowie, jak robi się zwykle z przestraszonymi zwierzakami.
Samuel był człowiekiem, ale niektóre jego reakcje były bardzo podobne do tych na wpół dzikich stworzeń.
– To nie ty, Sam – powiedziała łagodnie. – To dzieje się w całej Dolinie, ale i poza nią, sięga do pewnego stopnia nawet Londynu. Nie jestem naukowcem, ale gdybym miała zgadywać, Voldemort popsuł coś podczas Beltane tak bardzo, że odmieniło to samą ziemię. Zbuntowało ją przeciwko nam. Klątwa żywiołów nie działa w ten sposób. Może trudniej zapanować ci nad emocjami i atakami, ale to nie twoja wina, że w naszym sadzie jest tyle jabłek i to nie przez ciebie ten bluszcz wspiął się aż pod moje okno – stwierdziła. Jak mogła wcześniej na to nie wpaść? Że zjawisko, o którym pisano w gazetach, o którym rozmawiano na ministerialnych korytarzach, dyskutowano przy kolacji w Warowni, on mógł opacznie zrozumieć? Że nie zdawał sobie sprawy z tego, że trwa pleniąca w ogrodzie, przez który przeszedł, to nie jego wina?
Dla niej winnym był Voldemort. Nie mogła znać prawdziwych przyczyn, ale Brenna nie zawsze była obiektywną osobą, a Voldemorta i śmierciożerców chętnie obwiniała o wszystko co złe na tym świecie.
Zwłaszcza po Beltane.
– A dom masz tak długo, jak długo będziesz go potrzebował – stwierdziła, cofając dłoń. To była Warownia. Miejsce schronienia. Częściej nazywali ją Warownią niż posiadłością Longbottomów, bo nie należała tylko do nich. Jasne, prędzej czy później McGongall będzie zapewne potrzebował czegoś tylko dla siebie, gdzie zapuści korzenie na stałe, ale różne były pojęcia domu i na razie to miejsce mogło nim dla niego być.
Czy wyłapała to „wczoraj omal…?” Owszem. Ale uznała, że to nie czas i nie miejsce, aby naciskać na wyjaśnienia.
Brenna połączyła fakty.
Marny byłby z niej detektyw, gdyby tego nie zrobiła. I nie stało się nic, nie rozstąpiła się ziemia, nie walnęły błyskawice, a ona nawet nic na ten temat nie powiedziała. Raz, bo Sam był teraz przestraszony czymś zupełnie innym. Dwa, bo chociaż Bren lubiła wtykać nos w nieswoje sprawy, robiła to tylko, gdy była pewna, że nikogo przy okazji nie skrzywdzi.
A w tej chwili tej pewności nie miała.
Nie zmuszasz innych, żeby otworzyli przed tobą swoją duszę, jeżeli sami tego nie chcieli.
Wszyscy mieli swoje tajemnice.
Emocje McGongalla w tej chwili jednak tajemnicą nie były. Brenna nie musiała być aurowidzem, aby dostrzec, że Sama wypełnia najwyraźniej coraz większa panika. I przeklęła samą siebie, że wcześniej nie dopytała dokładnie, jakie są objawy tej pogorszonej klątwy, zakładając, że to po prostu niepokój. Niepokój istoty wyrwanej z dotychczasowej środowiska, mającej trudności z odnalezieniem się w nowym miejscu, a przez to też nad zapanowaniem nad emocjami. Nie drgnęła, kiedy chwycił ją za ramię, za to uniosła własną rękę i pogłaskała go po głowie, jak robi się zwykle z przestraszonymi zwierzakami.
Samuel był człowiekiem, ale niektóre jego reakcje były bardzo podobne do tych na wpół dzikich stworzeń.
– To nie ty, Sam – powiedziała łagodnie. – To dzieje się w całej Dolinie, ale i poza nią, sięga do pewnego stopnia nawet Londynu. Nie jestem naukowcem, ale gdybym miała zgadywać, Voldemort popsuł coś podczas Beltane tak bardzo, że odmieniło to samą ziemię. Zbuntowało ją przeciwko nam. Klątwa żywiołów nie działa w ten sposób. Może trudniej zapanować ci nad emocjami i atakami, ale to nie twoja wina, że w naszym sadzie jest tyle jabłek i to nie przez ciebie ten bluszcz wspiął się aż pod moje okno – stwierdziła. Jak mogła wcześniej na to nie wpaść? Że zjawisko, o którym pisano w gazetach, o którym rozmawiano na ministerialnych korytarzach, dyskutowano przy kolacji w Warowni, on mógł opacznie zrozumieć? Że nie zdawał sobie sprawy z tego, że trwa pleniąca w ogrodzie, przez który przeszedł, to nie jego wina?
Dla niej winnym był Voldemort. Nie mogła znać prawdziwych przyczyn, ale Brenna nie zawsze była obiektywną osobą, a Voldemorta i śmierciożerców chętnie obwiniała o wszystko co złe na tym świecie.
Zwłaszcza po Beltane.
– A dom masz tak długo, jak długo będziesz go potrzebował – stwierdziła, cofając dłoń. To była Warownia. Miejsce schronienia. Częściej nazywali ją Warownią niż posiadłością Longbottomów, bo nie należała tylko do nich. Jasne, prędzej czy później McGongall będzie zapewne potrzebował czegoś tylko dla siebie, gdzie zapuści korzenie na stałe, ale różne były pojęcia domu i na razie to miejsce mogło nim dla niego być.
Czy wyłapała to „wczoraj omal…?” Owszem. Ale uznała, że to nie czas i nie miejsce, aby naciskać na wyjaśnienia.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.