19.03.2024, 13:42 ✶
Sam uspokaja się trochę i przytula mocno Brennę dziękując jej za podtrzymanie zaproszenia i ogólnie no... bycie Brenną.
Następnie odwraca się i zauważa resztę towarzystwa. "Wita się" i siada w pewnej odległości, unikając kontaktu wzrokowego i próbujac coś zjeść.
Słuchał jej z uwagą, śledził jej twarz swoimi przekrwionymi, błękitnymi oczami i kiwał głową, udając, że rozumie. Brenna niejednokrotnie mówiła mu rzeczy, które umykały mu, były zbyt obce, dziwne, no ale teraz kiedy był w Dolinie, to trochę się nasłuchał, trochę już wiedział o Wielkim Konflikcie, który może nie był w kręgu jego zainteresowań, ale chyba on pozostawał w kręgu zainteresowań Wielkiego Konfliktu.
Na rozmowy o polityce potrzebował zdecydowanie więcej spokoju i przespanej nocy, a Brenna nie miała przecież tyle czasu, żeby robić mu wykłady w tempie i treści przystępne dla kogoś, kto przez lata żył na marginesie magicznej społeczności. Jej słowa jednak przynosiły względne ukojenie, nawet jeśli zasiewały wątpliwość, że może skoro ten cały Voldemort zrobił coś z magią ziemi, to przesto zrobił coś z jego magią ziemi. Z drugiej strony... ataki powróciły w ubiegłym tygodniu, a nie w maju. Ataki wróciły po pewnym liście napisanym po pijaku, o którym być może nikt nigdy nie powie ani słowa. Nie było czasu żeby dojść do tych wniosków, może potem.
Na razie skinął głową kilka razy, jakby przekonany i nie czekając dłużej objął Brennę i przytulił ją do siebie mocno, totalnie pochłonięty rozmową, nie zdając sobie sprawy, że przy stole siedzą ludzie, którzy mogliby opacznie zrozumieć gest..
– Nie wiem, nie mam pojęcia jak Ci się odwdzięczę Bee... – szepnął w jej ramie, przyciskając ją mocno do siebie, nie myśląc o tym, że może pachnie nieprzyjemnie i jego przyjaciółka nie miałaby ochoty mieć tej woni tak blisko własnego nosa. – Dobrze, zjem śniadanie, zjem kiełbaskę albo dziesięć, a jak poczuje, że jest źle, to... to pójdę ok? – pociągnął mocno nosem i uśmiechnął się do niej niepewnie, odsuwając się i próbując opanować wewnętrzne drżenie.
A potem się obrócił.
Szlag
Nie mógł uciec, no bo jak, no bo gdzie. Już powiedział Brennie, że zostanie, a był człowiekiem zaskakująco honorowym jak na granatem od puszczy oderwanie. Sapnął niczym rumak zmuszany do tego, by przejść przez groźnie wyglądające zasieki, błękitne oczy rozlały się nieco po barwnym przecież towarzystwie siedzącym przy stole. [u]Burknął coś pod nosem niezrozumiałego, zapewne powitanie[/b] i przysiadł przy krańcu stołu na taborecie skulony i milczący, zagarniając dla siebie kawał razowego chleba i wspomniane wcześniej kiełbaski.
Następnie odwraca się i zauważa resztę towarzystwa. "Wita się" i siada w pewnej odległości, unikając kontaktu wzrokowego i próbujac coś zjeść.
Słuchał jej z uwagą, śledził jej twarz swoimi przekrwionymi, błękitnymi oczami i kiwał głową, udając, że rozumie. Brenna niejednokrotnie mówiła mu rzeczy, które umykały mu, były zbyt obce, dziwne, no ale teraz kiedy był w Dolinie, to trochę się nasłuchał, trochę już wiedział o Wielkim Konflikcie, który może nie był w kręgu jego zainteresowań, ale chyba on pozostawał w kręgu zainteresowań Wielkiego Konfliktu.
Na rozmowy o polityce potrzebował zdecydowanie więcej spokoju i przespanej nocy, a Brenna nie miała przecież tyle czasu, żeby robić mu wykłady w tempie i treści przystępne dla kogoś, kto przez lata żył na marginesie magicznej społeczności. Jej słowa jednak przynosiły względne ukojenie, nawet jeśli zasiewały wątpliwość, że może skoro ten cały Voldemort zrobił coś z magią ziemi, to przesto zrobił coś z jego magią ziemi. Z drugiej strony... ataki powróciły w ubiegłym tygodniu, a nie w maju. Ataki wróciły po pewnym liście napisanym po pijaku, o którym być może nikt nigdy nie powie ani słowa. Nie było czasu żeby dojść do tych wniosków, może potem.
Na razie skinął głową kilka razy, jakby przekonany i nie czekając dłużej objął Brennę i przytulił ją do siebie mocno, totalnie pochłonięty rozmową, nie zdając sobie sprawy, że przy stole siedzą ludzie, którzy mogliby opacznie zrozumieć gest..
– Nie wiem, nie mam pojęcia jak Ci się odwdzięczę Bee... – szepnął w jej ramie, przyciskając ją mocno do siebie, nie myśląc o tym, że może pachnie nieprzyjemnie i jego przyjaciółka nie miałaby ochoty mieć tej woni tak blisko własnego nosa. – Dobrze, zjem śniadanie, zjem kiełbaskę albo dziesięć, a jak poczuje, że jest źle, to... to pójdę ok? – pociągnął mocno nosem i uśmiechnął się do niej niepewnie, odsuwając się i próbując opanować wewnętrzne drżenie.
A potem się obrócił.
Szlag
Nie mógł uciec, no bo jak, no bo gdzie. Już powiedział Brennie, że zostanie, a był człowiekiem zaskakująco honorowym jak na granatem od puszczy oderwanie. Sapnął niczym rumak zmuszany do tego, by przejść przez groźnie wyglądające zasieki, błękitne oczy rozlały się nieco po barwnym przecież towarzystwie siedzącym przy stole. [u]Burknął coś pod nosem niezrozumiałego, zapewne powitanie[/b] i przysiadł przy krańcu stołu na taborecie skulony i milczący, zagarniając dla siebie kawał razowego chleba i wspomniane wcześniej kiełbaski.