Lubiłam aktywność fizyczną... od czasu do czasu. Ale nie wtedy, gdy ciężką pracę dało się wykonać szybciej i skuteczniej. To bez sensu. Pokiwałam głową z niedowierzenia, gdy Sam opowiedział podobną historię do mojej. Rzeczywiście, czarodzieje powinni mieć jakieś tajemne hasło na powitanie czy coś. Na przykład "Ładną dziś pogodę mamy" i odpowiedź "Sezon muchomorów uważam za otwarty".
Zdziwiłam się, że Sam mieszkał w Kniei. A raczej, że nie mieszkał. Bo nie mógł. Nie pomyślałam nawet o takiej ewentualności. Dla niego koszmar Beltane wciąż trwał! Ale nie zdążyłam na to odpowiedzieć, bo przygoda z gnomami już się rozpoczęła.
Ziemniaczane stworki chciały nam dopiec, a Sam zaprezentował swoją metodę na nie. Gdyby nie wspomniał wcześniej o swojej metamorfomagii, to chyba bym na zawał umarła. Był ogromny! Nigdy nie widziałam niedźwiedzia na żywo. To znaczy żywego. Nie sądziłam, że są aż TAK duże. Moje ciało automatycznie złapało równowagę po zderzeniu, bo sama byłam zbyt zaaferowana przemianą. Wciąż z chustką w ręce, obserwowałam bez słowa szarżę Samuela. Już po chwili, wśród wysokiej trawy widziałam tylko jego grzbiet płynący w oddali. Ale sposób był niezły. Gnomy uciekały w podskokach. A wraz z nimi ja, tylko w przeciwną stronę, bo do niedźwiedzia. Nie wiedziałam nawet po co, ale jakoś odruchowo stwierdziłam, że wypadałoby nie opuszczać towarzysza rozmowy. Nawet jeśli to on ruszył pierwszy.
Biegłam, potykając się nawet o własne nogi. Nie miałam szans go dogonić, więc w pewnym momencie po prostu stanęłam, śledząc go wzrokiem.