19.03.2024, 20:33 ✶
Do głowy mu nie przyszło bycie powodem tej przeprowadzki, w pierwszej chwili aż nieświadomie się wzdrygnął. Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy dotarło do niego, że dla Caina to najwyraźniej nie miało takiego znaczenia.
- Nie zepsuję. - Z jakiegoś powodu zabrzmiał na nieco oburzonego, ale chciał wyjść na zwyczajnie pewnego siebie. - Poza tym gdybyś miał zepsuty zamek, to bym go naprawił - zauważył, nie miał jednak zamiaru odsuwać go od tego pomysłu, więc zaznaczył - ale chcę mieć klucze - tak na wszelki wypadek, gdyby Bletchley zamierzał się z tego wycofać. Chciał mieć te klucze, chociaż pewnie mógłby wejść bez nich albo po prostu nie pakować się do środka kiedy nie był zaproszony, bo chciał być człowiekiem, któremu te klucze dano i to nawet bez proszenia się o to.
- Nie - zaprzeczył od razu, może nawet odrobinę zbyt szybko. - Zmieniła je. - Ale nie rozwiała. Przynajmniej on nie postrzegał tego w taki sposób. - Przyjaciel, który mnie tutaj zabierał się ożenił, więc przestał jeździć w takie miejsca. Może jak ich dzieci podrosną... I wiesz, ja... - zawahał się, ale nie dlatego, że nie chciał nic mówić. On najzwyczajniej w świecie nie wiedział, jak zacząć. Nie przyniósł wtedy tych głupich kart, bo lubił tego typu gry - one mu się pomogły otworzyć przed kimś, przed kim faktycznie mógł to zrobić. Tylko jak zaczynać takie opowieści? Opowiedz mi o tych czasach, opowiedz swoją biografię w pięć minut. Kiedy takie rzeczy przychodziły same z siebie, było jakoś łatwiej, niż kiedy musiał się nad tym zastanawiać, ułożyć w głowie coś mającego sens. Dlatego jak zawsze przygryzł wargę i odwrócił spojrzenie, instynktownie chciał wpakować sobie paznokcie do gęby, ale Bletchley skutecznie powstrzymał ten odruch, łapiąc go za ręce. I znowu to zrobił. Te czarne myśli musiały odpłynąć pod naporem słodkich słów i dotyku dłoni, od którego od razu czuł w ciele to dziwne uczucie. Nie ciepło. Nie elektryczność. Napięcie, od którego drżał mu oddech. Uniósł więc te ręce w górę nie po to, żeby obgryzać paznokcie, tylko żeby opleść go nimi wokół szyi i skrócić dzielący ich dystans, chociaż i tak było go już bardzo niewiele. - Nie pamiętam większości dni swojego życia - odezwał się wreszcie, niemalże szeptem - i czasami od razu domyślam się, których z nich nie zapamiętam, które z nich prędzej czy później zleją się w jeden. Ale są też takie dni, nie wiem do końca dlaczego, ale od razu wiem, że nigdy nie pozbędę się ich ze swojej głowy. - Mógłby mówić teraz o tragediach, jakie mu się przytrafiły. O scenach niemożliwych do zapomnienia w skupieniu na tym ile zła go dotknęło, o tym jak niektóre horrory odciskały na ludziach trwałe piętno, ale zupełnie nie o to mu chodziło. - Sporo z nich jest z tego miejsca. Jakieś idiotyczne rozmowy, zabawy, to jak zniszczyliśmy pianino, które stało kiedyś na piętrze, albo jak Danielle zakazała nam wziąć auto stojące na podjeździe, a my to zignorowaliśmy i wjechaliśmy nim w szuwary. - Nawet nie zauważył, że w połowie wymienionych momentów coś zniszczył. - Nigdy nie są ze sobą powiązane, ale zawsze czuję to tutaj - puścił go jedną ręką, żeby spleść ich dłonie i przycisnąć je do własnej klatki piersiowej. Serce w tym momencie biło mu jak szalone, zdradzając to, że nie mówił tego tak cicho tylko ze względu na nastrój chwili - on wyciskał z siebie te słowa niemalże na siłę. - I wiem, że to jest jedna z takich chwil. Jestem w stanie wyobrazić sobie, jak będzie wyglądała w mojej głowie za dziesięć lat. - Nieco nadgryziona czasem, ale wciąż wyraźna, przypominająca czute wtedy emocje. Coś też było w tym zapachu. W zapachu desek i starego papieru, wymieszanego z zapachem jego ciała. I w tym świetle. W migającej żarówce, która dawała z siebie wszystko, żeby oświetlić to miejsce, ale i tak nie było tutaj do końca jasno. - Cokolwiek mi teraz powiesz, będzie musiało zostać ze mną na zawsze - powiedział jeszcze, odchylając się minimalnie, robiąc przy tym zaczepną, sugestywną minę. Bo to było takie głupie, miało w sobie tak dużo treści, tak dużo nawiązań, nawet jeżeli nie powiedział zbyt wiele, a to, jakiego typu wyznanie próbował na nim teraz niemalże wymusić, było oczywiste. Może gdyby potrafił zbierać się w sobie do takich wypowiedzi częściej niż raz na miesiąc, to i częściej widziano by go wśród ludzi.
Uśmiechnął się, wpatrując się w niego w wyraźnym oczekiwaniu, zastanawiając się, czy Bletchley popłynie z rytmem chwili, czy znowu odpłynie gdzieś daleko na wzburzonym morzu, jakim musiał być jego umysł. Był gotowy na obie wersje - bo bardziej niż na konkretną odpowiedź nakręcił się po prostu na niego.
- Nie zepsuję. - Z jakiegoś powodu zabrzmiał na nieco oburzonego, ale chciał wyjść na zwyczajnie pewnego siebie. - Poza tym gdybyś miał zepsuty zamek, to bym go naprawił - zauważył, nie miał jednak zamiaru odsuwać go od tego pomysłu, więc zaznaczył - ale chcę mieć klucze - tak na wszelki wypadek, gdyby Bletchley zamierzał się z tego wycofać. Chciał mieć te klucze, chociaż pewnie mógłby wejść bez nich albo po prostu nie pakować się do środka kiedy nie był zaproszony, bo chciał być człowiekiem, któremu te klucze dano i to nawet bez proszenia się o to.
- Nie - zaprzeczył od razu, może nawet odrobinę zbyt szybko. - Zmieniła je. - Ale nie rozwiała. Przynajmniej on nie postrzegał tego w taki sposób. - Przyjaciel, który mnie tutaj zabierał się ożenił, więc przestał jeździć w takie miejsca. Może jak ich dzieci podrosną... I wiesz, ja... - zawahał się, ale nie dlatego, że nie chciał nic mówić. On najzwyczajniej w świecie nie wiedział, jak zacząć. Nie przyniósł wtedy tych głupich kart, bo lubił tego typu gry - one mu się pomogły otworzyć przed kimś, przed kim faktycznie mógł to zrobić. Tylko jak zaczynać takie opowieści? Opowiedz mi o tych czasach, opowiedz swoją biografię w pięć minut. Kiedy takie rzeczy przychodziły same z siebie, było jakoś łatwiej, niż kiedy musiał się nad tym zastanawiać, ułożyć w głowie coś mającego sens. Dlatego jak zawsze przygryzł wargę i odwrócił spojrzenie, instynktownie chciał wpakować sobie paznokcie do gęby, ale Bletchley skutecznie powstrzymał ten odruch, łapiąc go za ręce. I znowu to zrobił. Te czarne myśli musiały odpłynąć pod naporem słodkich słów i dotyku dłoni, od którego od razu czuł w ciele to dziwne uczucie. Nie ciepło. Nie elektryczność. Napięcie, od którego drżał mu oddech. Uniósł więc te ręce w górę nie po to, żeby obgryzać paznokcie, tylko żeby opleść go nimi wokół szyi i skrócić dzielący ich dystans, chociaż i tak było go już bardzo niewiele. - Nie pamiętam większości dni swojego życia - odezwał się wreszcie, niemalże szeptem - i czasami od razu domyślam się, których z nich nie zapamiętam, które z nich prędzej czy później zleją się w jeden. Ale są też takie dni, nie wiem do końca dlaczego, ale od razu wiem, że nigdy nie pozbędę się ich ze swojej głowy. - Mógłby mówić teraz o tragediach, jakie mu się przytrafiły. O scenach niemożliwych do zapomnienia w skupieniu na tym ile zła go dotknęło, o tym jak niektóre horrory odciskały na ludziach trwałe piętno, ale zupełnie nie o to mu chodziło. - Sporo z nich jest z tego miejsca. Jakieś idiotyczne rozmowy, zabawy, to jak zniszczyliśmy pianino, które stało kiedyś na piętrze, albo jak Danielle zakazała nam wziąć auto stojące na podjeździe, a my to zignorowaliśmy i wjechaliśmy nim w szuwary. - Nawet nie zauważył, że w połowie wymienionych momentów coś zniszczył. - Nigdy nie są ze sobą powiązane, ale zawsze czuję to tutaj - puścił go jedną ręką, żeby spleść ich dłonie i przycisnąć je do własnej klatki piersiowej. Serce w tym momencie biło mu jak szalone, zdradzając to, że nie mówił tego tak cicho tylko ze względu na nastrój chwili - on wyciskał z siebie te słowa niemalże na siłę. - I wiem, że to jest jedna z takich chwil. Jestem w stanie wyobrazić sobie, jak będzie wyglądała w mojej głowie za dziesięć lat. - Nieco nadgryziona czasem, ale wciąż wyraźna, przypominająca czute wtedy emocje. Coś też było w tym zapachu. W zapachu desek i starego papieru, wymieszanego z zapachem jego ciała. I w tym świetle. W migającej żarówce, która dawała z siebie wszystko, żeby oświetlić to miejsce, ale i tak nie było tutaj do końca jasno. - Cokolwiek mi teraz powiesz, będzie musiało zostać ze mną na zawsze - powiedział jeszcze, odchylając się minimalnie, robiąc przy tym zaczepną, sugestywną minę. Bo to było takie głupie, miało w sobie tak dużo treści, tak dużo nawiązań, nawet jeżeli nie powiedział zbyt wiele, a to, jakiego typu wyznanie próbował na nim teraz niemalże wymusić, było oczywiste. Może gdyby potrafił zbierać się w sobie do takich wypowiedzi częściej niż raz na miesiąc, to i częściej widziano by go wśród ludzi.
Uśmiechnął się, wpatrując się w niego w wyraźnym oczekiwaniu, zastanawiając się, czy Bletchley popłynie z rytmem chwili, czy znowu odpłynie gdzieś daleko na wzburzonym morzu, jakim musiał być jego umysł. Był gotowy na obie wersje - bo bardziej niż na konkretną odpowiedź nakręcił się po prostu na niego.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.