Zabawne, że człowiek może ganić samego siebie za to, że próbuje uratować czyjeś życie. Bo Cain właśnie to próbował zrobić - uratować kogoś. Ganił się za to, bo to było niebezpieczne. Narażało jego, jego zadanie, misję, narażało tego człowieka, być może nawet narażało wielu więcej ludzi na to, że może wydarzyć się coś złego. Jeśli Śmierciożercy tu byli - może nadal się kręcili? O tym, że to mogłaby być pułapka nie pomyślał - jasne, można się spodziewać, że aurorzy czy BUM przyjdą do miejsca takiego jak to, ale nie przewidzisz, gdzie się znajdą, gdzie pójdą... chyba że ktoś w biurze dobrze wiedział, co się będzie działo i wysłał odpowiednich ludzi do odpowiednich miejsc. To już była paranoja, prawda? Niezdrowy strach, który zaburzał postrzeganie świata. Ciężko było nie odczuwać napięcia, kiedy z namaszczeniem, powoli i ostrożnie, kontrolując każdy ruch różdżki, starał się dotrzeć do rannego. Kiedy myślisz, czy zaraz nie zawali się budynek, albo czy ten jeden zły ruch więcej nie sprawi, że rumowisko pochłonie nieszczęśnika. Wiele niewiadomych nakładało się na karby twoich pleców, panie Bletchley.
A jednak dłoń gładko dyrygowała ruchowi tego wszystkiego. Poskładał to rumowisko tak, żeby wyglądało jakby upadło obok, a tylko mała część przygniotła szafkę i się z niej zsunęła. Uważne oko na pewno dopatrzy się nieprawidłowości, ale tym Cain przejmował się najmniej. Dopóki nie ma świadków, nie ma problemu. Zostanie najwyżej tajemnicza zagadka, jakim cudem ten mugol wydostał się z czegoś takiego i czemu to wszystko niekoniecznie się zgadzało z zasadami fizyki, według której te kawałki ścian i dachów powinny runąć w dół. I kiedy to zrobił ostrożnie uniósł szafkę i przytrzymał ją, żeby podejść do mężczyzny i wolną ręką pomóc mu się spod niej wysunąć.
- Zapewniam pana, że jeszcze pan nie umarł. - Odparł cicho i spojrzał mężczyźnie w oczy. Da radę wstać? Będzie musiał. Rozejrzał się szybko za jakimkolwiek badylem... złamaną nogą od krzesła, którą mógłby przysunąć w ramach podpórki, prętem zbrojeniowym, który został złamany, żeby można było go przekazać mężczyźnie, by chociaż trochę odciążyć nogę. Ale to była tylko szybka przebieżka spojrzenia. Zegarek tykał. - Był pan bardzo dzielny, że samodzielnie wydostał się pan spod tych gruzów. - Ściągnął kryształ ze swojej szyi i wyciągnął go przed twarz mężczyzny. - Samodzielnie. Ledwo się panu udało. Miał pan tyle szczęścia. - Stuknął różdżką w wahadełko, żeby wprawić je w ruch. Chciał usunąć wspomnienie o sobie samym z jego głowy, trochę zmodyfikować wspomnienie o tym, jak to sam się wydostał, z wielkim bólem i trudem, napełniony adrenaliną i wolą o przetrwanie. Nadzieją, że się uda. Jeszcze nie umarł. I Bletchley nie chciał, żeby umierał. - Wyjdziesz stąd minutę po mnie. Nigdy mnie tutaj nie było. - Hipnoza była sztuką. Trudną w dodatku. Wystarczy jeden błąd i można było bardzo skrzywdzić człowieka, którego ma się przed sobą. A kiedy robisz coś powoli i ostrożnie, to sekundy zaczynają wręcz przeciekać przez palce.
Obrócił się w kierunku wyjścia i przez chwilę nasłuchiwał dźwięków, wpatrywał się w ten kurz i dym, zanim wysunął się na ulicę, chowając różdżkę i z powrotem zaplątując kryształ na rzemieniu wokół swojej szyi, jeśli tylko wszystko się udało - ruszył dalej, do centrum wybuchu, żeby uważniej rozejrzeć się za śladami czarnej magii.
Sukces!
Sukces!