19.03.2024, 23:07 ✶
Tak, myślę, że urosło to w swoim ogromie do rangi premedytacji - ta usilna potrzeba, żeby pokazać sobie, rodzinie i światu, że dam radę, że nie dam się omamić jakiejś żałosnej selkie. Spodziewałem się przy tym oporu, jakichś forteli, próby ucieczki albo omamienia mojej osoby, zamiast tego otrzymywałem irytującą pogawędkę z nadętym bachorem swoich rodziców. Nie tego oczekiwałem, nie tego chciałem. Zarzucał mi błędy, chciał mnie ogłupić...? Może to właśnie było jego sposobem na manipulację? Tylko że Prewett mordercą wieśniaków byłoby niezwykle kłopotliwym nagłówkiem, ciężkim do udowodnienia, bo przecież rączki mieli obrzydliwie czyściutkie. Aż do przesady.
- Obawiam się, że ta dyskusja nie zaprowadzi nas w odpowiednie miejsce. Nie zamierzam się przed tobą raportować, Panie Laurentku. A na dobrą sprawę, nie wiem, czy mnie uratowałeś, czy może próbowałeś na powrót zaciągnąć w głębiny, więc... zamiast odpowiadać wymijająco, Panie Prewett, postawiłbym, na Pana miejscu oczywiście, na fakty i dowody - odparłem, wykręcając nieco jego rękę by sobie przypomniał, bym też sam sobie przypomniał, że tu wcale nie było bestii i ofiary, tylko bestia oraz łowca. JA byłem łowcą. Żadną ofiarą. Dokładnie tak.
Nie powinienem mieć ku temu żadnych wątpliwości. Przeć naprzód, ze zdecydowaniem, pewną ręką, bez wątpliwości czy takich bezsensownych dyskusji. Przede wszystkim bez wizji ginięcia, bo wciąż mnie wszystko paliło przez niedawne podtopienie. Serio myślałem, że to będzie mój koniec i, właściwie, to może faktycznie Laurent mógł mi uratować życie. Mogło być również zgoła inaczej - może miał fiuu bździu w głowie, uznawał siebie za nietykalnego i robił, co mu się żywnie podobało. Na przykład - mordował. To nie byłby pierwszy ani ostatni taki przypadek w historii, więc... wpatrywałem się w niego, próbując odczytać jego intencje. Próbował zgrywać silnego, chociaż był słaby. Bał się czy tylko udawał strach? Jedno było pewne - Prewetci oznaczali kłopoty. Nie mogłem go ukarać.
- Wypierdalaj stąd. Jeśli spotkam cię tu drugi raz, to się nie zastanowię. Ukrócę cię o głowę - zagroziłem i puściłem jego rękę, popychając go nieco. Sam bez słowa odwróciłem się i ruszyłem wzdłuż plaży. Nie miałem pojęcia, czy to Laurent, ale wiele wskazywało na to, że mówił prawdę. Trzymało się to kupy, więc gdzieś tam, w tej wodzie była prawdziwa bestia, która zaciągała niewinnych na niechybną śmierć, na kąpiel ze śmiercią. Zamierzałem znaleźć swoje rzeczy i przystąpić do kolejnej próby schwytania bestii.
- Obawiam się, że ta dyskusja nie zaprowadzi nas w odpowiednie miejsce. Nie zamierzam się przed tobą raportować, Panie Laurentku. A na dobrą sprawę, nie wiem, czy mnie uratowałeś, czy może próbowałeś na powrót zaciągnąć w głębiny, więc... zamiast odpowiadać wymijająco, Panie Prewett, postawiłbym, na Pana miejscu oczywiście, na fakty i dowody - odparłem, wykręcając nieco jego rękę by sobie przypomniał, bym też sam sobie przypomniał, że tu wcale nie było bestii i ofiary, tylko bestia oraz łowca. JA byłem łowcą. Żadną ofiarą. Dokładnie tak.
Nie powinienem mieć ku temu żadnych wątpliwości. Przeć naprzód, ze zdecydowaniem, pewną ręką, bez wątpliwości czy takich bezsensownych dyskusji. Przede wszystkim bez wizji ginięcia, bo wciąż mnie wszystko paliło przez niedawne podtopienie. Serio myślałem, że to będzie mój koniec i, właściwie, to może faktycznie Laurent mógł mi uratować życie. Mogło być również zgoła inaczej - może miał fiuu bździu w głowie, uznawał siebie za nietykalnego i robił, co mu się żywnie podobało. Na przykład - mordował. To nie byłby pierwszy ani ostatni taki przypadek w historii, więc... wpatrywałem się w niego, próbując odczytać jego intencje. Próbował zgrywać silnego, chociaż był słaby. Bał się czy tylko udawał strach? Jedno było pewne - Prewetci oznaczali kłopoty. Nie mogłem go ukarać.
- Wypierdalaj stąd. Jeśli spotkam cię tu drugi raz, to się nie zastanowię. Ukrócę cię o głowę - zagroziłem i puściłem jego rękę, popychając go nieco. Sam bez słowa odwróciłem się i ruszyłem wzdłuż plaży. Nie miałem pojęcia, czy to Laurent, ale wiele wskazywało na to, że mówił prawdę. Trzymało się to kupy, więc gdzieś tam, w tej wodzie była prawdziwa bestia, która zaciągała niewinnych na niechybną śmierć, na kąpiel ze śmiercią. Zamierzałem znaleźć swoje rzeczy i przystąpić do kolejnej próby schwytania bestii.