Bardzo wiele osób chciało słyszeć, że ktoś jest z nich dumny, zadowolony, chcieli poczuć się docenieni. W tym świecie było tego za mało. Za mało miłości, ciepła, dobrych gestów. Otaczała nas śmierć i ludzie mówili, żeby uważać na przeklęty bór, przeklętych Śmierciożerców i na Błędnego Rycerza, który wyjeżdża właśnie zza zakrętu. Uważaj na wszystko, ale jednocześnie żyj i ciesz się życiem. Gdzie tutaj znaleźć bezpieczną przystań? Potem wzniosą wokół ciebie stelaż i zapragną cię do niego dopasować. Olivia nie zaznała takiego życia. Mieli okazję rozmawiać czasami i godzinami o różnych rzeczach, ale fałda sekretów była między nimi grubsza niż ciężka kotara, której zadaniem było nie przepuszczać nawet promienia słońca do sypialni. Nie szkodzi. Masz rację, Śliczna - kiedyś. Kiedyś będzie okazja, kiedyś sobie o tym powiemy, kiedyś się ośmielimy. Kiedyś będzie lepiej. Teraz nie musiało być najgorzej, ale w tej przyszłości możemy marzyć o cudownej zimie pełnej czystego śniegu, wypadach na narty, kuligach i ślizganiu się na łyżwach po zamarzniętym jeziorze. Możemy bardzo wiele. Jeśli tylko zechcesz. A potem dodajmy, że jeśli tylko dobry Pan Bóg pozwoli, bo nie sposób przewidzieć, jakie będzie miał dla nas plany.
Przypomniała mu się panienka Black, która dwa razy złamała swojemu abraksanowi skrzydło. I to, jak bardzo czuł się wobec tego bezsilny. Niby nie skrzywdziła go celowo, niby to były wypadku, koń nie był wspaniałej kondycji, a kiedy raz pojawiło się złamanie - łatwiej o następne, ale nie potrafił nie patrzeć na bezczelną twarz tej prawie już kobiety i nie pomyśleć, że jednak zrobiła to prawie że z premedytacją. Ta bezczelna twarz pozbawiona jakichkolwiek skrupułów, dumna prawie z siebie, bezczelna. To nie było miłe spotkanie - z nią i z jej matką. Próbował interweniować, ale ta linia była bardzo cienka. Mogli zabrać tego konia do innej stajni. Korzystać z usług innego miejsca. Ale Laurent aż za dobrze znał tę branżę. Nie dość, że miałby kłopoty, szczególnie, że przyszły te panie z polecenia od Keswick, to jeszcze jego naciskanie i upieranie się niczego by nie zmieniło. Nie mółby zabrać im tego abraksana, nie było takiego prawa. Nie było żadnych dowodów, że to NIE BYŁ WYPADEK. I mógł tylko się uśmiechać, pozwalać im obrażać siebie samego i myśleć o tym, że kiedy ich nie ma, to może zadbać jak najlepiej potrafi o to stworzenie. Przemoc wobec istot była czymś okropnym. Nie tylko wobec zwierząt - wobec wszystkich. Ciężko było nie posmutnieć, kiedy słuchał takiej historii. Problem z pieniędzmi, co? Znał to uczucie, kiedy nie możesz kupić wszystkiego, bo nie masz złota w kieszeni. Owszem, mógł korzystać z rodzinnego skarbca, alee to było poniżej jego godności. To były w końcu pieniądze jego siostry, nie jego. Pieniądze jego siostry... Nie skomentował tej opowieści, bo jak miał? Wiedzieli, jak to potrafiło wyglądać, jak okrutni ludzie potrafili być. Nieludzcy ludzie.
Wyjechali ze stajni i skierowali konie z głównej drogi - była tu piękna trasa przy Tamizie, przez bardziej pierwotne zakamarki tego miasta i parki.
- Tak. Dokładnie tak było. - Powiedział to trochę głucho, pozostało przytaknięcie faktów. Nic więcej. Nie było tam jednej ofiary. Od tamtego czasu pilnie strzeżono Kniei, żeby przypadkowe ofiary nie ucierpiały bardziej. - Znasz Geraldine? - Zaczął szybko przeszukiwać teczki w swoim umyśle, czy kiedyś mieli okazję o tym rozmawiać i nie był pewien. Temat jednak całkiem niezły na to, żeby w sumie zmienić rozmowę o rzeczach, które dreszcze wywoływały. Może jednak w ogóle nie powinien zagajać. Szczególnie po przypowiastce o tym bitym koniu prawie przeszły go dreszcze, gdy jeszcze uzupełniliśmy wiedzą o tamtym dziecku. - Ostatnio... goni za mną jakieś fatum. W samym czerwcu wymknąłem się śmierci ze trzy razy. - Jeśli nie więcej. Trzy przypadki były jednak bardzo ciężkie. I naprawdę zatańczyły nim na granicy. - Wczoraj... miałem bardzo ciężką rozmowę z osobą, która... - drgnęły mu fałszywie kąciki ust, starał się zapanować nad mimiką - ... można powiedzieć, że się pokłóciliśmy. Miało mnie nie być, to miał być parodniowy rejs. - Obrócił głowę do Olivii. I właściwie wtedy to zobaczył - błysk. Na tyle wyraźny, że aż zatrzymał konia, marszcząc brwi i wpatrując się w punkt pod drzewem. Błyszczało się wciąż - złotem?
- Poczekaj chwilę. - Skierował konia po lekkim wzniesieniu i zszedł z niego przy drzewie. Na kamyku, jak gdyby nigdy nic, stała piękna, pozłacana pozytywka. Trzymając jedną ręką lejce konia schylił się po nią, żeby ją unieść i przyjrzeć z każdej strony. - Myślisz, że zgubiło ją jakieś dziecko? - Zapytał, obracając się do Olivii. Wyciągnął ją tak, żeby była widoczna gołym okiem.