To był dzień jak co dzień. Stanleya odrobinę bolała głowa po swoich wczorajszych ekscesach, ale nie było, aż tak źle - dało się żyć. Zjadł jakieś tam śniadanie, napił się kawy i właśnie siadał do papierologii. Miał też krzyżówkę do tego, aby się nie zanudzić. W wielkim skrócie - dało się żyć.
Drzwi były otwarte, a po lokalu kręcił się nie kto inny, jak Francis - tutejszy barman. Kojarzył młodszego Borgina, wszak ten był na liście osób, które mogły wejść kiedy im się żywnie podobało. Cała reszta klienteli była wypraszana. Pracownik tego przybytku nic nawet nie skomentował, a jedynie kiwnął głową w kierunku zaplecza. Miał nadzieję, że Anthony wie w którym miejscu znajduje się biuro.
Pukanie zaskoczyło starszego Borgina. Kto mógł mieć do niego interes o tej porze? Sauriel? Bez szans. Może staruszek wraz z resztą ich szajki w postaci Rolfa i Richarda, postanowili wpaść na kawkę? Też raczej bez szans. To kto to mógł być?
Odpowiedź na to pytanie, nadeszła bardzo szybko. Tosiek. Czego on chciał o takiej godzinie? Nie miał przypadkiem zmiany w Ministerstwie? Mniejsza o to - tamta instytucja go nienawidziła, a on jej. Dla swojego serdecznego brata miał zawsze czas, więc odłożył wszystko co robił i założył szybko koszulę. Wniosek był jeden - skoro kazał mu się ubrać, musiał przyjść z kimś, ponieważ samemu nie miał z tym najmniejszego problemu.
Mały problem? Nie napawało to zbytnim optymizmem. Stanley słuchał dalej, chcąc usłyszeć więcej szczegółów odnośnie tej sprawy. Nie dało się ukryć, że większą uwagę przykuła koleżanka, którą tu przyprowadził. Trzeba kogoś pobić? Zawinąć? Rozmyślał, wszak nie pasowała do tutejszych standardów. Nie był też blondynkom, więc nie zyskała, aż takiej uwagi, którą mogła gdyby jednak nią była.
- Bardzo miło mi poznać - rzekł, wstając zza biurka, a następnie wyszedł w ich kierunku. Pochylił się odrobinę, aby móc ucałować dłoń Greengrass - Borgin. Stanley Andrew Borgin - przedstawił się - Hmm... - wymruczał pod nosem. Siegnął po paczkę papierosów, wybrał jednego, a następnie położył je luzem. Jeżeli chcieli - mogli się poczęstować - Bal zaręczynowy tych idiotów... - powtórzył, rozkoszując się dymkiem.
Z początku zignorował pewne kluczowe słowo. Zaręczyłem się?! O niemal się nie zadławił papierosem. Oczy miał tak szerokie, jakby właśnie zażył ciężarówkę kokainy. Mój mały Tosiulek dorasta? Pokręcił głową - Poczekaj... Czy ja dobrze rozumiem? Przypadkiem się zaręczyliście. Wy? We dwójkę? - wskazał na jedno, a potem na drugie. Obrazował to sobie. Tłumaczył. Próbował - Usiądźcie proszę. Zaraz coś wymyślimy - dodał, wskazując dłonią na kanapę, która stała w jego gabinecie - Napijecie się czegoś? Czym chata bogata. Mamy wszystko - zapewnił - Francis! - zawołał barmana, który po chwili otworzył drzwi - Zbierz od państwa zamówienie i przynieś możliwie szybko. Ja poproszę odrobinę burbonu na dno szklanki. Dzięki wielkie - rzucił, a następnie obrócił się na pięcie i ruszył do swojego centrum wszechświata. Do swojego fotela.
Stanley zasiadł za swoim biurkiem, ciężko westchnął i włożył papierosa do ust. Oparł się dłońmi o blat, aby móc podeprzeć twarz. Rozmyślał o ich problemie. Do tej pory nie słyszał, aby ktoś się zaręczył przypadkiem. Cud nad cudami. Pomyśleć, że to właśnie Anthony Ian Borgin był takim cudotwórcom. No, aż się wierzyć nie chciało.
- No dobra... - zaczął, odzywając się po dłuższej chwili. Strzepał też odrobinę popiołu do popielniczki - Nie możecie po prostu odwołać tych zaręczyn, skoro to przypadkiem się wydarzyło? - zapytał, nie zdając sobie sprawy z bardzo wielu rzeczy. Z drugiej strony, nie o wszystkim też mu powiedziano, a on nie potrafił czytać w myślach.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972