13.12.2022, 16:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.12.2022, 16:58 przez Mackenzie Greengrass.)
Zbyt wielu.
Ostara była chyba najmniej popularnym z sabatów, a napięta sytuacja w świecie czarodziejów sprawiła, że w tym roku pojawiło się jeszcze mniej ludzi niż zwykle. Mackenzie zdawało się jednak, że otacza ją nieprzebrany tłum. Niby przywykła do tłumów: na wielu meczach, zwłaszcza tych ważniejszych, pojawiało się mrowie czarodziejów, ale to było coś innego. W dodatku niezbyt często bywała na sabatach w Dolinie Godryka, które miały to do siebie, że uparcie odbywały się… cóż, w Dolinie Godryka właśnie.
A w Dolinie Godryka było zbyt wielu Greengrassów.
Mackenzie weszła pomiędzy stragany, nieco kurczowym gestem obejmując swoją miotłę. Nie było mowy, aby zostawiła ją gdzieś zaparkowaną: to był może nie najnowszy model (musiała ją zmienić przez rozgrywkami, chociaż podchodziła do tego niechętnie), ale jeszcze rok temu uchodził za najlepszy na rynku i był doskonale zachowany. Jeszcze ktoś by ją ukradł. Noszenie jej ze sobą w tłumie też jednak nie było idealnym rozwiązaniem, a Mackenzie przytulała ją do siebie z obawy, że ktoś o nią zawadzi, wpadnie i jeszcze połamie witki.
Wędrowała wzdłuż stoisk z bardzo jasno nakreślonym celem. Chciała kupić paczkę ziół – najlepiej lawendy albo melisy. Ostatnio roślinki hodowane na parapecie mieszkania zdechły, gdy Mackenzie spędziła dwa tygodnie na wyjeździe, podczas rozgrywek eliminacyjnych. A mieszkanie bez roślin zdawało się Green jakieś smutne i pustne. Nie obchodziły jej żadne wariatki z jeżami, gnomy z loteriami ani wiły z wiankami.
Ziółka.
Kupi szybko ziółka i stąd odleci ku zachodzącemu słońcu.
Wzrok Mackenzie przesunął się po kolorowych naczyniach na jednym ze stoisk. Przez ułamek sekundy rozważała zakup jakiegoś, ale właściwie to nie był przecież absolutnie niezbędny zakup i z tą myślą - mimo pełnej sakiewki - ruszyła z dalej.
Odetchnęła z ulgą, gdy dostrzegła na jednym ze straganów paczki z ziołami, i podeszła, wygrzebując z kieszeni sykla, by zapłacić za paczuszkę lawendy.
Ostara była chyba najmniej popularnym z sabatów, a napięta sytuacja w świecie czarodziejów sprawiła, że w tym roku pojawiło się jeszcze mniej ludzi niż zwykle. Mackenzie zdawało się jednak, że otacza ją nieprzebrany tłum. Niby przywykła do tłumów: na wielu meczach, zwłaszcza tych ważniejszych, pojawiało się mrowie czarodziejów, ale to było coś innego. W dodatku niezbyt często bywała na sabatach w Dolinie Godryka, które miały to do siebie, że uparcie odbywały się… cóż, w Dolinie Godryka właśnie.
A w Dolinie Godryka było zbyt wielu Greengrassów.
Mackenzie weszła pomiędzy stragany, nieco kurczowym gestem obejmując swoją miotłę. Nie było mowy, aby zostawiła ją gdzieś zaparkowaną: to był może nie najnowszy model (musiała ją zmienić przez rozgrywkami, chociaż podchodziła do tego niechętnie), ale jeszcze rok temu uchodził za najlepszy na rynku i był doskonale zachowany. Jeszcze ktoś by ją ukradł. Noszenie jej ze sobą w tłumie też jednak nie było idealnym rozwiązaniem, a Mackenzie przytulała ją do siebie z obawy, że ktoś o nią zawadzi, wpadnie i jeszcze połamie witki.
Wędrowała wzdłuż stoisk z bardzo jasno nakreślonym celem. Chciała kupić paczkę ziół – najlepiej lawendy albo melisy. Ostatnio roślinki hodowane na parapecie mieszkania zdechły, gdy Mackenzie spędziła dwa tygodnie na wyjeździe, podczas rozgrywek eliminacyjnych. A mieszkanie bez roślin zdawało się Green jakieś smutne i pustne. Nie obchodziły jej żadne wariatki z jeżami, gnomy z loteriami ani wiły z wiankami.
Ziółka.
Kupi szybko ziółka i stąd odleci ku zachodzącemu słońcu.
Wzrok Mackenzie przesunął się po kolorowych naczyniach na jednym ze stoisk. Przez ułamek sekundy rozważała zakup jakiegoś, ale właściwie to nie był przecież absolutnie niezbędny zakup i z tą myślą - mimo pełnej sakiewki - ruszyła z dalej.
Odetchnęła z ulgą, gdy dostrzegła na jednym ze straganów paczki z ziołami, i podeszła, wygrzebując z kieszeni sykla, by zapłacić za paczuszkę lawendy.