20.03.2024, 09:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.03.2024, 09:29 przez Brenna Longbottom.)
- Z szantażystami się nie negocjuje, bo to ich tylko zachęca do kolejnych prób. Dziś chciałeś coś za nie zasłabnięcie, jutro byłoby coś kolejnego... nie ze mną te numery - oświadczyła Brenna niemal wesołym tonem, ostrożnie nakładając sobie maść na nos. - Nie martw się, nie pierwszy raz jej używam - uspokoiła go, uśmiechając się tylko lekko. Zdarzały się jej różne dziwne wypadki, ale Brenna nie była nawet odrobinę niezdarna. Większość siniaków nabijała sobie raczej dlatego, że wpakowała się gdzieś, gdzie nie powinna, i raz na dziesięć razy coś musiało pójść nie tak, a nie ponieważ brakowało jej koordynacji.
Zasadniczo podejrzewała, że byłaby w stanie Bagshotowi przetrzepać skórę, chociaż był starszy.
- Poszarpaliśmy się? - zdziwiła się bezbrzeżnie, bo jednak ona miała inne standardy. Trochę poszarpania to było wtedy, kiedy ona rozbiła Prewettowi nos, a on omal nie połamał jej żeber. Tutaj nawet nie nabito siniaka i nie polała się krew... znaczy się no polała się, ale ta cała krew to był efekt walnięcia książką, więc zdaniem Brenny się nie kwalifikowało. Ona i Isaac mieli tutaj zdecydowanie inne standardy. Ale i nic dziwnego: on pochodził z rodziny historyków i pisarzy. Ona pochodziła z rodziny policjantów, niemal religijną czcią otaczającą walkę bronią białą. – No co ty, ledwo dotknęłam twojego kołnierza, to się liczy jako załatwienie wszystkiego drogą pokojową – roześmiała się, ale zaraz skrzywiła lekko, bo nos trochę zabolał, gdy zaczęła się śmiać. Westchnęła i nałożyła na nos nieco więcej chłodzącej maści.
– Jasne, weź sobie dynię zombie. Tylko uwaga, jak są zgniecione, to się niestety szybko psują. Żeby potem, wiesz, mój brat na mnie nie krzyczał, że się wam coś psuje w pokoju przeze mnie – powiedziała Brenna, chociaż ten scenariusz był bardzo mało prawdopodobny. Rodzeństwo Longbottomów pod tym względem wyróżniało się na tle innych rodzeństw i nie krzyczeli na siebie praktycznie wcale. [b] – Dobra… to idę to zanieść do dziewczyn z szóstego roku, a to do naszej sypialni[b] – oświadczyła, chowając maść do kieszeni, po czym złapała dwie dynie, by wraz z nimi wspiąć się po schodach ku dormitorium dziewcząt.
Zasadniczo podejrzewała, że byłaby w stanie Bagshotowi przetrzepać skórę, chociaż był starszy.
- Poszarpaliśmy się? - zdziwiła się bezbrzeżnie, bo jednak ona miała inne standardy. Trochę poszarpania to było wtedy, kiedy ona rozbiła Prewettowi nos, a on omal nie połamał jej żeber. Tutaj nawet nie nabito siniaka i nie polała się krew... znaczy się no polała się, ale ta cała krew to był efekt walnięcia książką, więc zdaniem Brenny się nie kwalifikowało. Ona i Isaac mieli tutaj zdecydowanie inne standardy. Ale i nic dziwnego: on pochodził z rodziny historyków i pisarzy. Ona pochodziła z rodziny policjantów, niemal religijną czcią otaczającą walkę bronią białą. – No co ty, ledwo dotknęłam twojego kołnierza, to się liczy jako załatwienie wszystkiego drogą pokojową – roześmiała się, ale zaraz skrzywiła lekko, bo nos trochę zabolał, gdy zaczęła się śmiać. Westchnęła i nałożyła na nos nieco więcej chłodzącej maści.
– Jasne, weź sobie dynię zombie. Tylko uwaga, jak są zgniecione, to się niestety szybko psują. Żeby potem, wiesz, mój brat na mnie nie krzyczał, że się wam coś psuje w pokoju przeze mnie – powiedziała Brenna, chociaż ten scenariusz był bardzo mało prawdopodobny. Rodzeństwo Longbottomów pod tym względem wyróżniało się na tle innych rodzeństw i nie krzyczeli na siebie praktycznie wcale. [b] – Dobra… to idę to zanieść do dziewczyn z szóstego roku, a to do naszej sypialni[b] – oświadczyła, chowając maść do kieszeni, po czym złapała dwie dynie, by wraz z nimi wspiąć się po schodach ku dormitorium dziewcząt.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.