-W takim razie bardzo dziękuję, że nie celowała mi Pani w głowę - powiedział i nawet pochylił głowę, może trochę wyniośle, bo chociaż nie ujmował sobie winy, to nie miał zamiaru się kajać. -Chociaż niektórzy pewnie byliby za to wdzięczni - znowu wymamrotał.
Mam nadzieję, że twoje strzały nie są nasączone jakimś paskudztwem? - spytał z krzywą miną, bo jeżeli faktycznie łowczyni używała jakichś dziwnych specyfików, które mogłyby jeszcze działać z opóźnieniem tylko po to, by kobieta mogła pobawić się jeszcze ze swoją ofiarą, to wolał wiedzieć wcześniej i przygotować się na "ciekawy" wieczór.
A więc chciała grot z powrotem, tak? Czy nadawał się jeszcze do czegoś, jeśli strzała była złamana? W sumie można było ją naprawić prostym Reparo, o ile łowczynie zabierze drugą część strzały. Chyba że lubiła sobie oznaczać groty i wieszać nad kominkiem, żeby potem chwalić się swoją kolekcją.
Och, a tą strzałą ubiłam takiego wielkiego... i zaczęłaby się opowieść o spotkaniu z jakimś przeogromnym, rzadkim zwierzem, czego dzieciaki pewnie słuchałyby z wybałuszonymi oczami i szczękami na podłodze, a dorośli ze znużeniem.
-Pewnie. Wyślę ci go sową, tylko podaj adres - przyzwyczajał się do bólu.
Tak, zdecydowanie dałby radę dojść do domu, chociaż trochę kulał. Powinien się deportować? Mimo irytującego bólu w ranie powinien być w stanie skupić się na tyle, by przenieść się pod dom stryja bez rozszczepienia.
To byłby dopiero bolesny pech. Najpierw ustrzelony przez łowcę, bo mu się zachciało wałęsać w futrze, a potem rozszczepiony po nieudanej deportacji. Tego już chyba nawet nie można by nazwać "pechem".