13.12.2022, 17:10 ✶
Patrick opierał się rękoma o ogrodzenie i patrzył na znajdującą się zanim boczną uliczkę. Zastanawiał się czy, porywacze – skoro opuścili dom Emily Hill tylnymi drzwiami, również tylnymi się tutaj dostali.
- Myślisz, że aportowali się gdzieś w pobliżu? Albo mieli gdzieś w pobliżu świstoklik? – zapytał, gdy usłyszał zbliżającą się do niego Brennę. Była również możliwość, że poruszali się mugolskim środkiem transportu. Albo mieszkali w pobliżu i wystarczyło tylko przenieść dziecko do innego domu.
Steward przymknął oczy. Myślał o chłopcu, który bawił się rakietami w pokoju na górze. O jego matce, która nie potrafiła się dogadać z ojcem. O tym, że Lyndon miał iść w przyszłości do Hogwartu a Emily była charłaczką i nienawidziła magii. Ale dlaczego Pierre? Dlaczego akurat Pierre? Co było nie tak z Lyndonem? Dzieciak z nieruchomych zdjęć był podobny do matki. Nie był podrzutkiem. Nie został adoptowany. Nie podmieniono go w szpitalu. Więc czemu Pierre? Po co jakiejś trójce magów zależało aż tak bardzo na zwykłym dziecku?
- Nie. Za dużo czasu minęło. Zakładam, że pewnie ze dwadzieścia razy padał już deszcz. Dawno już zabrano śmieci z kosza a nawet jeśli czegoś nie zmyła woda, to z pewnością zamiótł to sprzątacz.
Byli na miejscu o miesiąc za późno.
- Myślę jeszcze, że chyba pojawię się w szkole Lyndona. To zaskakujące, że nikt nie zainteresował się jego nieobecnością – podsumował. Emily nie miała szans zgłosić nieobecności syna nawet, jakby chciała.
A jednak zgłoszenie o jej zaginięciu otrzymał on. Nie mugolska policja. Wychodziło więc na to, że pierwszym, kto domyślił się, że coś było nie w porządku, był jej ojciec. To też nie miało w oczach Patricka wielkiego sensu.
- Aportujemy się. Dam ci znać, kiedy tylko się czegoś dowiem – obiecał.
Potem opuścili ogród domu Emily Hill i odeszli do punktu aportacyjnego.
- Myślisz, że aportowali się gdzieś w pobliżu? Albo mieli gdzieś w pobliżu świstoklik? – zapytał, gdy usłyszał zbliżającą się do niego Brennę. Była również możliwość, że poruszali się mugolskim środkiem transportu. Albo mieszkali w pobliżu i wystarczyło tylko przenieść dziecko do innego domu.
Steward przymknął oczy. Myślał o chłopcu, który bawił się rakietami w pokoju na górze. O jego matce, która nie potrafiła się dogadać z ojcem. O tym, że Lyndon miał iść w przyszłości do Hogwartu a Emily była charłaczką i nienawidziła magii. Ale dlaczego Pierre? Dlaczego akurat Pierre? Co było nie tak z Lyndonem? Dzieciak z nieruchomych zdjęć był podobny do matki. Nie był podrzutkiem. Nie został adoptowany. Nie podmieniono go w szpitalu. Więc czemu Pierre? Po co jakiejś trójce magów zależało aż tak bardzo na zwykłym dziecku?
- Nie. Za dużo czasu minęło. Zakładam, że pewnie ze dwadzieścia razy padał już deszcz. Dawno już zabrano śmieci z kosza a nawet jeśli czegoś nie zmyła woda, to z pewnością zamiótł to sprzątacz.
Byli na miejscu o miesiąc za późno.
- Myślę jeszcze, że chyba pojawię się w szkole Lyndona. To zaskakujące, że nikt nie zainteresował się jego nieobecnością – podsumował. Emily nie miała szans zgłosić nieobecności syna nawet, jakby chciała.
A jednak zgłoszenie o jej zaginięciu otrzymał on. Nie mugolska policja. Wychodziło więc na to, że pierwszym, kto domyślił się, że coś było nie w porządku, był jej ojciec. To też nie miało w oczach Patricka wielkiego sensu.
- Aportujemy się. Dam ci znać, kiedy tylko się czegoś dowiem – obiecał.
Potem opuścili ogród domu Emily Hill i odeszli do punktu aportacyjnego.
Koniec sesji