20.03.2024, 17:10 ✶
- Gryfoni nie zostawiają swoich. Solennie obiecuję wytrwać aż do końca - powiedziała Brenna. I nawet sobie nie żartowała, a mówiła śmiertelnie poważnie. Sytuacja w końcu mogła bawić, kiedy się o niej słyszało z bardzo daleka, ale doskonale wiedziała, że Thomasowi daleko do śmiechu, a i jej prawdopodobnie też wcale nie będzie chciało się śmiać, kiedy już usiądzie z nimi przy stole. Chodziło w końcu o jego rodzinę, która najwyraźniej była gotowa rozszarpać się nawzajem na strzępy z powodu majątku. Mogli rozmawiać o tym lekkim tonem, to jednak nie było ani trochę zabawne. - Och... jasne. Uważać na to, co jem.
Nie orientowała się w zawiłościach spadków i dziedziczenia w świecie mugoli. Domyślała się, że gospodarka na nic się Thomasowi nie przyda: on należał już do innego świata. Pieniądze? Z tych pewnie mógłby zrobić dobry użytek, a to że z nich rezygnował najlepiej pokazywało, że Hardwick był człowiekiem do szpiku kości dobrym.
- W takim razie obiecaj chociaż, że nie wspomnisz o tym Erikowi. Udusi mnie, jeśli dowie się, że zbliżyłam się do jakiegoś traktora.
I wypowiadając te słowa Brenna też, wbrew pozorom, wcale nie żartowała...
- Tak - przyznała tylko, uśmiechając się ciągle. Matka Thomasa mówiła o nich jakiś o jakichś kosmitach, ale Brenna nawet nie poczuła się urażona: wielu czarodziejów myślało tak przecież o mugolach. A i ona, chociaż wychowywana w Dolinie, gdzie mieszkali też mugole, nie do końca ich rozumiała.
– Nie masz za co przepraszać – zapewniła cicho, kiedy zostawili panią Hardwick z tyłu. – Jestem pewna, że przynajmniej paru moich dalszych krewnych na widok mugola nie miałoby pojęcia, jak się zachować. A poza tym po ostatniej wizycie Huncwotów u Franka to nic mnie już nie przerazi…
Skomplikowane historie rodzinne nie były dla niej nowością. Zdarzały się i w pracy, gdy niewłaściwa osoba dostała rodzinne srebra i doprowadziło to do szeregu niefortunnych wydarzeń, i w jej otoczeniu. W świecie czystokrwistych prawie każdy był jakoś z kimś spokrewniony, i rodzice uwielbiali to tłuc dzieciom do głowy. Nawet Brenny nie ominęły godziny spędzone nad drzewem genealogicznym. Odruchowo zapisywała więc sobie w pamięci wymieniane imiona. Albert, Matthias, Marnie... Connor, Lizzie i Abigail. Och, a w grę wchodziły jeszcze dzieci: rodzice będą bardziej zaciekli. Przez głowę Brenny przeszło, że może bardziej niż ona przydałaby się tutaj Thomasowi jakaś prawniczka. Mimo to do kuchni weszła śmiało, a jej wzrok prześlizgnął się po dzieciach i kobietach. Siostry? Żony braci?
Dużo dzieciaków.
Mimowolnie zastanowiła się, czy któreś z nich będzie czarodziejem: bo skoro Thomas nim był, to gdzieś w żyłach tej rodziny płynęła magia. Przytłumiona zapewne, bo dziecko, które ją posiadało, nigdy się o tym nie dowiedziało, poślubiło mugola, i dzieci też poślubiły mugoli… Ale przy tak wielu potomkach istniała szansa, że magiczny świat upomni się jeszcze o jakiegoś małego Hardwicka.
– Cześć – przywitała się. – Brenna. Ja i mój pracujemy razem z Thomasem, Thomas był tak uprzejmy, że zgodził się pokazać mi okolicę przy okazji wizyty u rodziny.
Nie orientowała się w zawiłościach spadków i dziedziczenia w świecie mugoli. Domyślała się, że gospodarka na nic się Thomasowi nie przyda: on należał już do innego świata. Pieniądze? Z tych pewnie mógłby zrobić dobry użytek, a to że z nich rezygnował najlepiej pokazywało, że Hardwick był człowiekiem do szpiku kości dobrym.
- W takim razie obiecaj chociaż, że nie wspomnisz o tym Erikowi. Udusi mnie, jeśli dowie się, że zbliżyłam się do jakiegoś traktora.
I wypowiadając te słowa Brenna też, wbrew pozorom, wcale nie żartowała...
- Tak - przyznała tylko, uśmiechając się ciągle. Matka Thomasa mówiła o nich jakiś o jakichś kosmitach, ale Brenna nawet nie poczuła się urażona: wielu czarodziejów myślało tak przecież o mugolach. A i ona, chociaż wychowywana w Dolinie, gdzie mieszkali też mugole, nie do końca ich rozumiała.
– Nie masz za co przepraszać – zapewniła cicho, kiedy zostawili panią Hardwick z tyłu. – Jestem pewna, że przynajmniej paru moich dalszych krewnych na widok mugola nie miałoby pojęcia, jak się zachować. A poza tym po ostatniej wizycie Huncwotów u Franka to nic mnie już nie przerazi…
Skomplikowane historie rodzinne nie były dla niej nowością. Zdarzały się i w pracy, gdy niewłaściwa osoba dostała rodzinne srebra i doprowadziło to do szeregu niefortunnych wydarzeń, i w jej otoczeniu. W świecie czystokrwistych prawie każdy był jakoś z kimś spokrewniony, i rodzice uwielbiali to tłuc dzieciom do głowy. Nawet Brenny nie ominęły godziny spędzone nad drzewem genealogicznym. Odruchowo zapisywała więc sobie w pamięci wymieniane imiona. Albert, Matthias, Marnie... Connor, Lizzie i Abigail. Och, a w grę wchodziły jeszcze dzieci: rodzice będą bardziej zaciekli. Przez głowę Brenny przeszło, że może bardziej niż ona przydałaby się tutaj Thomasowi jakaś prawniczka. Mimo to do kuchni weszła śmiało, a jej wzrok prześlizgnął się po dzieciach i kobietach. Siostry? Żony braci?
Dużo dzieciaków.
Mimowolnie zastanowiła się, czy któreś z nich będzie czarodziejem: bo skoro Thomas nim był, to gdzieś w żyłach tej rodziny płynęła magia. Przytłumiona zapewne, bo dziecko, które ją posiadało, nigdy się o tym nie dowiedziało, poślubiło mugola, i dzieci też poślubiły mugoli… Ale przy tak wielu potomkach istniała szansa, że magiczny świat upomni się jeszcze o jakiegoś małego Hardwicka.
– Cześć – przywitała się. – Brenna. Ja i mój pracujemy razem z Thomasem, Thomas był tak uprzejmy, że zgodził się pokazać mi okolicę przy okazji wizyty u rodziny.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.