Oddychał płycej, ostrożniej, uważniej. Tak jak płycej widziały świat jego oczy, jak ostrożniej go badały, jaką uwagę do niego przykładał. Świat, bo świata nie widział. Widział tylko zagrożenie, jakim był teraz dla niego drugi człowiek. Obcy-nie-obcy, jeśli kogoś znasz z imienia to możesz już o nim przecież mówić per znajomy, prawda? Śmiertelnie niebezpieczny znajomy. Z zimnym spojrzeniem gotowym do tego, żeby przelać krew, bo kiedy spoglądał na własne odbicie w jego oczach to nie widział tam człowieka. Widział bestie, przed którą ten człowiek się zbroił i nawet przez moment nie uważał się w tym za ofiarę. Ścisnął palcami rękojeść różdżki w swojej kieszeni, którą jeszcze przed momentem chciał siebie samego doprowadzać do porządku, którą chciał ich dobrze wysuszyć i... teraz chciał co najwyżej trzymać ją, żeby się bronić. Sęk w tym, że nie dostał takiej okazji.
Jęknął, uginając się pod naciskiem, jaki Astaroth wykonał na jego ręce. Gdyby nacisnął mocniej, gdyby obniżył własną rękę, to pewnie zaraz klęczałby przed nim na piasku. Rozchylone wargi mówiły o tym, że brak odporności na ból wpisywał się w chudą sylwetkę, a delikatność ciała nie była gotowa odpowiedzieć na ten brak kurtuazji. Teraz już różdżkę wyciągnął, gotów jej użyć do obrony, jakakolwiek by nawet ona nie była, bo przez moment bólu, jaki przeszył jego czaszkę, płonęła pod nią pustka. Chciał leepiej kontrolować sytuację, być na nią gotowy, myśleć szybciej. Tymczasem w całej swojej niemożności, żeby przestać myśleć, teraz mieszanina i pustka zarazem zagościła i stworzyła chaos nie do rozczytania. Nie ma dowodów. Powinienem o tym mówić? Gdzie przejąć kontrolę, co go rozzłości bardziej, a co sprawi, że odpuści, że zmądrzeje? Teraz już z realnym strachem spojrzał kątem oka na mężczyznę, który nie przebierał w środkach, żeby... żeby co właściwie? Udowodnić, że ma tutaj przewagę? Miał. Udowodnił to właśnie teraz. Oby na tym się skończyło. To nie była pierwsza taka sytuacja, w jakiej wylądował, gdzie siła fizyczna miała większe znaczenie ponad cokolwiek innego. Powinien to oceniać? Każdy korzystał z atutów, jakie miał. To tylko jemu poskąpiono siły.
- Fakty są takie, że pana uratowałem. - Silił się na spokojny ton głosu, ale był on bardziej spięty, tak jak paskudnie napinało się jego ciało i tężało spojrzenie utkwione w sylwetce Yaxleya.
Zrobił parę kroków do przodu dla złapania równowagi i przyciągnął od razu do siebie nadwyrężoną rękę, żeby rozmasować miejsce, w którym zaciskały się żelazne palce łowcy. Ulga była duża. Nie odważył się różdżki odłożyć, kiedy obrócił automatycznie w stronę centrum swojego niepokoju. Całego epicentrum niewiadomej, rozdawcy kart tej gry. Idź. Nie było nad czym dyskutować. Mężczyzna pokazał mu swoje plecy - i swoją arogancję i ignorancję. Pokazał, że nie brał go za żadne zagrożenie... i miał rację, bo Laurent nie był dla niego zagrożeniem. Bo nie zamierzał nikogo skrzywdzić. Za to zamierzał się stąd błyskawicznie ulotnić i nie pozwolić skrzywdzić siebie samego.
Adrenalina była szokująco pobudzająca do życia i przypominała, dlaczego człowiek ciągle chciał ją czuć na sobie.