20.03.2024, 21:04 ✶
Wiedział jak to jest być wychowanym w rodzinie, gdzie emocje były zawsze sprawą drugorzędną. Jego ojciec zawsze mawiał, że mężczyzna to ma być mężczyzna. Miał ciężko pracować, nie uskarżać się, odpowiadać za rodzinę i być silny. Psychicznie i fizycznie. Thomas starał się kiedyś właśnie takim stać. A potem, gdy miał jedenaście lat, okazało się, że istnieje inny świat oraz inni ludzie. Że wcale nie musi być taki, jakiego chcieli go mieć rodzice. Zresztą, od kiedy dowiedzieli się, że jest czarodziejem, zawsze patrzyli na niego inaczej. Jak na nie na własne dziecko, tylko jakiegoś odmieńca. Którym w sumie to był.
Wiedział, że nigdy nie spełni ich oczekiwań, swój ból i pewną samotność schował więc za sarkazmem i humorem. Odnalazł własną ścieżkę, wiele jednak nadal zostało w nim z tego małego Thomasa, który chciał być idealnym synem.
Bawiło go trochę, jak często ludzie zapominają, że świat magii był kiedyś dla niego całkowicie nowy. Ba, nie raz czarodzieje potrafili go jeszcze zadziwić i zaskoczyć jakimiś swoimi regułami czy obyczajami, choć siedział w tym wszystkim większość swojego życia.
- Nie, nie mieliśmy. Choć było nas tyle, że wcale nie potrzeba było większej pomocy. Może gdy wszyscy byliśmy jeszcze bardzo mali, matka miała wtedy jednak naszą babcię, która czasami się nami zajmowała, potem starsze rodzeństwo opiekowało się młodszym i jakoś wszyscy w miarę dożyliśmy do tego czasu. Choć bywało nieraz ciężko się dogadać. - Zaśmiał się na pewne wspomnienia. Zdarzały się mniejsze i większe wypadki, obdrapane kolana, złamane nogi i podbite oczy, ale potrafili o siebie dbać. Szkoda, że teraz najczęściej się chyba kłócili. Sprawa z majątkiem nadal sprawiała, że czasem robiło mu się niedobrze na samą myśl.
- Nie rozpowiadaj tego, ale chyba tak naprawdę lubię gotować. Tak samo jak jeść. Odpręża mnie to, wiesz, kubek dobrej kawy, jajka, trochę bekonu, kilka minut przy patelni sam na sam ze swoimi myślami. Jakoś działa to kojąco. - Najbardziej właśnie lubił takie poranki, szczególnie, gdy udało mu się wstać wcześniej niż inni, słońce świeciło swoimi pierwszymi promieniami, a on był głównie sam. W Warowni nawet skrzatka Malwa wiedziała, że akurat wtedy najlepiej go zostawić samego.
Thomas tak naprawdę nie potrafił połączyć Gerry z ewentualnym bogactwem. Nigdy nie wiedział jej jako panienki z dobrego domu. Przez to jak się nosiła i zachowywała całkowicie mu ten fakt umykał, przez co stawała się dla niego bardziej dostępna. Na widok kosztowności i jedwabnych koszul oraz sukien prawdopodobnie uciekłby, myśląc, że to kompletnie nie jego świat. Zresztą, większość czystokrwistych lubiła mu to dawać do zrozumienia.
Uśmiechnął się na wspomnienie o kolorach, co było kompletnym odwzorowaniem jego myśli.
- Rzeczywiście, dni będą o wiele krótsze. Ale raczej i tak masz pewnie wtedy co robić? U nas w robocie nie ma znaczenia, która jest pora roku, czarodzieje łamią prawo tak samo, choć łapanie ich po ciemku rzeczywiście może być trudniejsze. - Skrzywił się na wspomnienie tych wszystkich ciemnych zaułków, które trzeba będzie patrolować po zachodzie słońca, nawet na dziennych zmianach.
Miał jednak ludzi, którym mógł w pracy ufać, a wtedy żadna robota nie była tak straszna.
Longbottomowie tak naprawdę uratowali mu życie, więc tak, naprawdę cieszył się, że ma ich za przyjaciół.
- Niesamowici są, co nie? Mam sporo szczęścia. - Zacisnął rękę na wspomnienie dnia, w którym zaatakowano go we własnym mieszkaniu. Ile osób właśnie tak straciło życie i ilu jeszcze może się to przytrafić? Wolałby nie myśleć, nie mógłby jednak tego sobie wybaczyć. Dlatego chciał uratować każdego, kto mógłby podzielić taki los.
Lekceważące słowa Gerry co do jej bezpieczeństwa wcale go nie uspokoiły. Nim zdążył pomyśleć, stuknął ją lekko palce w czoło, nadal ze zmartwioną minął.
- W takim razie tym bardziej musisz uważać, bo złym człowiekiem nie jesteś. Inaczej dziś bym tu nie stał o własnych siłach. - Wesołe ogniki lekko błysnęły w jego oczach. Naprawdę był wdzięczny za to, że tu są.
Czuł, że sprawa widm jeszcze ich dopadnie, dziś jednak nie zamierzał tego roztrząsać. Zagajnik wydawał się bezpieczny, mieli spędzić miły dzień i spróbować sobie jakoś wszystko wytłumaczyć. To były priorytety.
Trochę zmieszał się na pytanie o zostanie na noc. Nie planował tego, ale na pewno nie chciał stąd za szybko znikać. Trochę się przestraszył, że mógł zorganizować coś do spania, stwierdził jednak, że jakoś to ogarnie, coś wykombinuje, zresztą może jednak nie zostaną tu na tak długo. W skrócie - wszystko będzie dobrze. Wziął znów wdech.
Co do zaś ilości jedzenia…
- Przesadziłem? - Spojrzał na wyjęty prowiant, przyglądając mu się krytycznie. - Po prostu jak zacząłem, to stwierdziłem, że jeszcze coś na wszelki wypadek dodam i cóż, jakoś tak wyszło. Wciągnąłem się w przygotowania. - Przeczesał nerwowo włosy, zaraz jednak zaśmiał radośnie na uwagę Ger, co do alkoholu.
- Dla mnie to jak najbardziej dobry początek. - Nadal uśmiechając się, przysiadł się do kobiety. Po chwili otworzył jedną z butelek z whisky i nalał im napoju do szklanek. - Lodu? - zapytał, samemu dotykając swoją różdżką szklanki, w której pojawiły się dwie, kryształowe kostki. Czasami naprawdę uwielbiał magię.
Upił łyk płynu, spojrzał na profil Gerry, czując, że powinien pierwszy podjąć cały temat. Albo chociaż spróbować.
- Dziękuję, że napisałaś - wyrzucił z siebie w końcu, wbijając wzrok w szklankę. Nadal było mu tak okropnie wstyd, że sam nie potrafił tego zrobić.
Wiedział, że nigdy nie spełni ich oczekiwań, swój ból i pewną samotność schował więc za sarkazmem i humorem. Odnalazł własną ścieżkę, wiele jednak nadal zostało w nim z tego małego Thomasa, który chciał być idealnym synem.
Bawiło go trochę, jak często ludzie zapominają, że świat magii był kiedyś dla niego całkowicie nowy. Ba, nie raz czarodzieje potrafili go jeszcze zadziwić i zaskoczyć jakimiś swoimi regułami czy obyczajami, choć siedział w tym wszystkim większość swojego życia.
- Nie, nie mieliśmy. Choć było nas tyle, że wcale nie potrzeba było większej pomocy. Może gdy wszyscy byliśmy jeszcze bardzo mali, matka miała wtedy jednak naszą babcię, która czasami się nami zajmowała, potem starsze rodzeństwo opiekowało się młodszym i jakoś wszyscy w miarę dożyliśmy do tego czasu. Choć bywało nieraz ciężko się dogadać. - Zaśmiał się na pewne wspomnienia. Zdarzały się mniejsze i większe wypadki, obdrapane kolana, złamane nogi i podbite oczy, ale potrafili o siebie dbać. Szkoda, że teraz najczęściej się chyba kłócili. Sprawa z majątkiem nadal sprawiała, że czasem robiło mu się niedobrze na samą myśl.
- Nie rozpowiadaj tego, ale chyba tak naprawdę lubię gotować. Tak samo jak jeść. Odpręża mnie to, wiesz, kubek dobrej kawy, jajka, trochę bekonu, kilka minut przy patelni sam na sam ze swoimi myślami. Jakoś działa to kojąco. - Najbardziej właśnie lubił takie poranki, szczególnie, gdy udało mu się wstać wcześniej niż inni, słońce świeciło swoimi pierwszymi promieniami, a on był głównie sam. W Warowni nawet skrzatka Malwa wiedziała, że akurat wtedy najlepiej go zostawić samego.
Thomas tak naprawdę nie potrafił połączyć Gerry z ewentualnym bogactwem. Nigdy nie wiedział jej jako panienki z dobrego domu. Przez to jak się nosiła i zachowywała całkowicie mu ten fakt umykał, przez co stawała się dla niego bardziej dostępna. Na widok kosztowności i jedwabnych koszul oraz sukien prawdopodobnie uciekłby, myśląc, że to kompletnie nie jego świat. Zresztą, większość czystokrwistych lubiła mu to dawać do zrozumienia.
Uśmiechnął się na wspomnienie o kolorach, co było kompletnym odwzorowaniem jego myśli.
- Rzeczywiście, dni będą o wiele krótsze. Ale raczej i tak masz pewnie wtedy co robić? U nas w robocie nie ma znaczenia, która jest pora roku, czarodzieje łamią prawo tak samo, choć łapanie ich po ciemku rzeczywiście może być trudniejsze. - Skrzywił się na wspomnienie tych wszystkich ciemnych zaułków, które trzeba będzie patrolować po zachodzie słońca, nawet na dziennych zmianach.
Miał jednak ludzi, którym mógł w pracy ufać, a wtedy żadna robota nie była tak straszna.
Longbottomowie tak naprawdę uratowali mu życie, więc tak, naprawdę cieszył się, że ma ich za przyjaciół.
- Niesamowici są, co nie? Mam sporo szczęścia. - Zacisnął rękę na wspomnienie dnia, w którym zaatakowano go we własnym mieszkaniu. Ile osób właśnie tak straciło życie i ilu jeszcze może się to przytrafić? Wolałby nie myśleć, nie mógłby jednak tego sobie wybaczyć. Dlatego chciał uratować każdego, kto mógłby podzielić taki los.
Lekceważące słowa Gerry co do jej bezpieczeństwa wcale go nie uspokoiły. Nim zdążył pomyśleć, stuknął ją lekko palce w czoło, nadal ze zmartwioną minął.
- W takim razie tym bardziej musisz uważać, bo złym człowiekiem nie jesteś. Inaczej dziś bym tu nie stał o własnych siłach. - Wesołe ogniki lekko błysnęły w jego oczach. Naprawdę był wdzięczny za to, że tu są.
Czuł, że sprawa widm jeszcze ich dopadnie, dziś jednak nie zamierzał tego roztrząsać. Zagajnik wydawał się bezpieczny, mieli spędzić miły dzień i spróbować sobie jakoś wszystko wytłumaczyć. To były priorytety.
Trochę zmieszał się na pytanie o zostanie na noc. Nie planował tego, ale na pewno nie chciał stąd za szybko znikać. Trochę się przestraszył, że mógł zorganizować coś do spania, stwierdził jednak, że jakoś to ogarnie, coś wykombinuje, zresztą może jednak nie zostaną tu na tak długo. W skrócie - wszystko będzie dobrze. Wziął znów wdech.
Co do zaś ilości jedzenia…
- Przesadziłem? - Spojrzał na wyjęty prowiant, przyglądając mu się krytycznie. - Po prostu jak zacząłem, to stwierdziłem, że jeszcze coś na wszelki wypadek dodam i cóż, jakoś tak wyszło. Wciągnąłem się w przygotowania. - Przeczesał nerwowo włosy, zaraz jednak zaśmiał radośnie na uwagę Ger, co do alkoholu.
- Dla mnie to jak najbardziej dobry początek. - Nadal uśmiechając się, przysiadł się do kobiety. Po chwili otworzył jedną z butelek z whisky i nalał im napoju do szklanek. - Lodu? - zapytał, samemu dotykając swoją różdżką szklanki, w której pojawiły się dwie, kryształowe kostki. Czasami naprawdę uwielbiał magię.
Upił łyk płynu, spojrzał na profil Gerry, czując, że powinien pierwszy podjąć cały temat. Albo chociaż spróbować.
- Dziękuję, że napisałaś - wyrzucił z siebie w końcu, wbijając wzrok w szklankę. Nadal było mu tak okropnie wstyd, że sam nie potrafił tego zrobić.