21.03.2024, 10:12 ✶
Brenna w takich chwilach z pewnym współczuciem myślała o własnych rodzicach, wuju, a nawet starszym bracie, którzy swego czasu musieli upilnować jej. Gdy Mabel wspomniała o huśtaniu się tak wysoko, że aż skrzypiało, przypomniała sobie te wszystkie razy, kiedy sama rozbujała huśtawkę i potem z niej skakała, w pogardzie mając jakiekolwiek zagrożenie - a teraz, z perspektywy dorosłej, wzdrygała się na samą myśl o tym, że Mabel mogłaby zrobić coś takiego, bo przecież to mogłoby nawet ją zabić.
Dobrze, że dziewczynka przynajmniej nie miała takiego pociągu do wdrapywania się na każde drzewo i każdy dach, jaki się dało, jak kiedyś Brenna.
- Czasem mam wrażenie, że bardziej wdałaś się we mnie niż w Norę i zastanawiam się, jak to w ogóle możliwe. Chyba spędzałaś ze mną za dużo czasu - stwierdziła jednak z pewnym rozbawieniem, zamiast napominać Figgównę, by absolutnie nie próbowała wykonywać pełnych obrotów. Przecież i tak spróbuje. Ich głowa w tym, żeby huśtawka pozostawała przed tym odpowiednio zabezpieczona. - Żeby wejść do środka, trzeba po prostu rozproszyć zaklęcie i przesunąć ukryty haczyk. Psy tego nie zrobią, ale ktoś bez różdżki też nie - wyjaśniła, podchodząc bliżej do ogrodzenia, które zostało nie tak dawno temu postawione wokół rabatek. Nie proponowała Mabel, że mogą wejść do środka razem, głównie dlatego, że rośliny w ogródku Dory ostatnio... jakby rosły bujniej niż wcześniej i Brenna nie chciała niczego zadeptać. Crawleyówna i tak dość źle zniosła zniszczenia, jakie poczyniły psiaki.
A jeżeli już o psiakach mowa...
Gałgan, biały pies przypominający labradora, najbardziej energiczny z czterech psów Warowni, przybiegł do nich z czymś w pysku. I pozostawił na buciku Mabel kwiat o dziwnych, kolorowych płatkach: ani trochę niepodobny do jakiejkolwiek rośliny, jaką widziała dotąd Brenna.
- A to co? Gałgan!
Ale pies nic nie robiąc sobie z jej wezwania pognał dalej, w odległy zakątek sadu, w jakichś swoich psich sprawach.
Dobrze, że dziewczynka przynajmniej nie miała takiego pociągu do wdrapywania się na każde drzewo i każdy dach, jaki się dało, jak kiedyś Brenna.
- Czasem mam wrażenie, że bardziej wdałaś się we mnie niż w Norę i zastanawiam się, jak to w ogóle możliwe. Chyba spędzałaś ze mną za dużo czasu - stwierdziła jednak z pewnym rozbawieniem, zamiast napominać Figgównę, by absolutnie nie próbowała wykonywać pełnych obrotów. Przecież i tak spróbuje. Ich głowa w tym, żeby huśtawka pozostawała przed tym odpowiednio zabezpieczona. - Żeby wejść do środka, trzeba po prostu rozproszyć zaklęcie i przesunąć ukryty haczyk. Psy tego nie zrobią, ale ktoś bez różdżki też nie - wyjaśniła, podchodząc bliżej do ogrodzenia, które zostało nie tak dawno temu postawione wokół rabatek. Nie proponowała Mabel, że mogą wejść do środka razem, głównie dlatego, że rośliny w ogródku Dory ostatnio... jakby rosły bujniej niż wcześniej i Brenna nie chciała niczego zadeptać. Crawleyówna i tak dość źle zniosła zniszczenia, jakie poczyniły psiaki.
A jeżeli już o psiakach mowa...
Gałgan, biały pies przypominający labradora, najbardziej energiczny z czterech psów Warowni, przybiegł do nich z czymś w pysku. I pozostawił na buciku Mabel kwiat o dziwnych, kolorowych płatkach: ani trochę niepodobny do jakiejkolwiek rośliny, jaką widziała dotąd Brenna.
- A to co? Gałgan!
Ale pies nic nie robiąc sobie z jej wezwania pognał dalej, w odległy zakątek sadu, w jakichś swoich psich sprawach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.