21.03.2024, 15:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.05.2024, 08:53 przez Brenna Longbottom.)
Czas był w życiu Brenny ostatnio towarem deficytowym, ale i tak nie odmówiła, kiedy jeden z czarodziejów z Doliny Godryka poprosił, żeby oprowadziła po okolicy jego krewnego z zagranicy. Nigdy nie umiała odmawiać takim prośbom, to raz. Dwa, było jej trochę szkoda dzieciaka z Rosji, najwyraźniej mającego problemy z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości (z tym "dzieckiem" była trochę hipokrytką, gdyby ktoś starszy o osiem lat nazywał ją dzieciakiem, przewracałaby pewnie oczami, ale w drugą stronę nie miała ani trochę oporów).
Stawiła się więc w odpowiednim miejscu i w odpowiednim o czasie, za to jak się okazało, Nikolaia nie było. Czy chłopak zapomniał, czy nie przekazano mu informacji, czy postanowił uciec gdzieś w siną dal na miotle na sam dźwięk nazwiska "Longbottom", wiedziony jakimiś plotkami – tego Brenna nie wiedziała. I nie przejmowałaby się nawet, gdyby przy okazji uzyskania informacji o tym, że Nikolaia nie ma, miotły nie ma, musiał wyjść dosłownie dwie minuty temu, nie usłyszała też wypowiedzianego trochę spanikowanym tonem:
Miotła jest popsuta, nie da się nią wylądować.
Nie da się nią wylądować.
W jednej chwili, słuchając tych słów, Brenna była przed domem. W kolejnej - na pobliskim wzgórzu, na które aportowała się niemal natychmiast, głównie dlatego, że stąd miała dobry widok na okolicę oraz na niebo. Może ściganie kogoś, kto leciał w powietrzu bez miotły było może przedsięwzięciem niemal z góry skazanym na niepowodzenie, ale to nie znaczyło, że Brenna nie mogła przynajmniej spróbować. Na całe szczęście, rozglądając się, dostrzegła w oddali coś, co mugole pewnie wzięliby po prostu za ptaka, ale dla kogoś regularnie widującym miotły, wyglądało całkiem charakterystycznie.
Znów trzasnęło, kiedy teleportowała się ku północy – w stronę, w którą leciała miotła. Modląc się przy tym, aby wypatrzyła właściwą osobę, a nie na przykład własnego brata czy współlokatora, który postanowił przelecieć się na miotle do Londynu.
Musiała znaleźć pewną zgubę.
*
Trzy minuty i dwie teleportacje później Brenna znalazła się na środku jakiegoś pastwiska, mniej więcej pod - była teraz już pewna - miotłą. Pozytywny był bez wątpienia fakt, że w okolicy nie dostrzegała ani jednego mugola, który mógłby zauważyć miotłę albo ją samą, pojawiającą się znikąd. Gorzej, że miotła frunęła prosto w stronę jednej z pobliskich wiosek, a sądząc po tym, że znosiło ją lekko na boki, pasażer nie był w stanie zapanować nad lotem. Zważywszy na to, że Bren sama znalazła się w takiej sytuacji całkiem niedawno, mogła wyobrazić sobie, co chłopak czuł.
Ruszyła biegiem przez pastwisko, jednocześnie celując w miotłę i próbując wykształtować siłę, która zatrzyma tę w powietrzu... Jak ściągnąć chłopaka z góry, pomyśli, kiedy ta miotła się zatrzyma.
Stawiła się więc w odpowiednim miejscu i w odpowiednim o czasie, za to jak się okazało, Nikolaia nie było. Czy chłopak zapomniał, czy nie przekazano mu informacji, czy postanowił uciec gdzieś w siną dal na miotle na sam dźwięk nazwiska "Longbottom", wiedziony jakimiś plotkami – tego Brenna nie wiedziała. I nie przejmowałaby się nawet, gdyby przy okazji uzyskania informacji o tym, że Nikolaia nie ma, miotły nie ma, musiał wyjść dosłownie dwie minuty temu, nie usłyszała też wypowiedzianego trochę spanikowanym tonem:
Miotła jest popsuta, nie da się nią wylądować.
Nie da się nią wylądować.
W jednej chwili, słuchając tych słów, Brenna była przed domem. W kolejnej - na pobliskim wzgórzu, na które aportowała się niemal natychmiast, głównie dlatego, że stąd miała dobry widok na okolicę oraz na niebo. Może ściganie kogoś, kto leciał w powietrzu bez miotły było może przedsięwzięciem niemal z góry skazanym na niepowodzenie, ale to nie znaczyło, że Brenna nie mogła przynajmniej spróbować. Na całe szczęście, rozglądając się, dostrzegła w oddali coś, co mugole pewnie wzięliby po prostu za ptaka, ale dla kogoś regularnie widującym miotły, wyglądało całkiem charakterystycznie.
Znów trzasnęło, kiedy teleportowała się ku północy – w stronę, w którą leciała miotła. Modląc się przy tym, aby wypatrzyła właściwą osobę, a nie na przykład własnego brata czy współlokatora, który postanowił przelecieć się na miotle do Londynu.
Musiała znaleźć pewną zgubę.
*
Trzy minuty i dwie teleportacje później Brenna znalazła się na środku jakiegoś pastwiska, mniej więcej pod - była teraz już pewna - miotłą. Pozytywny był bez wątpienia fakt, że w okolicy nie dostrzegała ani jednego mugola, który mógłby zauważyć miotłę albo ją samą, pojawiającą się znikąd. Gorzej, że miotła frunęła prosto w stronę jednej z pobliskich wiosek, a sądząc po tym, że znosiło ją lekko na boki, pasażer nie był w stanie zapanować nad lotem. Zważywszy na to, że Bren sama znalazła się w takiej sytuacji całkiem niedawno, mogła wyobrazić sobie, co chłopak czuł.
Ruszyła biegiem przez pastwisko, jednocześnie celując w miotłę i próbując wykształtować siłę, która zatrzyma tę w powietrzu... Jak ściągnąć chłopaka z góry, pomyśli, kiedy ta miotła się zatrzyma.
Rzut W 1d100 - 91
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.